RSS
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą seria: Ogame. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą seria: Ogame. Pokaż wszystkie posty

Ogame: Prawie jak komiks [84]




"Ale na szczęście AtoJack i AtoStevie uratowali świat. Niestety miesiąc nic się KOMPLETNIE nie działo, więc teraz lecą ratować całą serię Ogame! cz. 2".
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~



Podróż przez czarną dziurę nie należała do najprzyjemniejszych. Trzęsło, tłukło... Nikt w sumie też nie zastanawiał się, czy dobrym pomysłem jest wlatywać w coś co rozciąga obiekt do grubości jednego atomu i przyspiesza go w nieskończoność. Ale kto by się przejmował takimi pierdołami! Wystarczyło sobie uświadomić, że nieskończoność to pojęcie względne i jest w sumie tylko matematycznym oznaczeniem. Nie da się zdefiniować nieskończoności, więc to pojęcie istnieje jedynie w sferze abstrakcyjności. A Jack i Stevie byli ludźmi, którzy twardo stąpali po ziemi. Kapitan z resztą uspokajał. Skoro czarna dziura była mała, ta nieskończoność też będzie mała. Steviemu trochę ta teoria nie pasowała, ale przyjął na wiarę. Koniec końców okazało się, że kapitan miał rację. Po niedługiej podróży, czarna dziura wypluła krążownik gdzieś w alternatywnej rzeczywistości. Nitka atomów znów skupiła się w potężny krążownik a piloci mogli w całej okazałości ujrzeć dziwny, nieznany świat... i kompletnie pozbawiony technologii!

Samochody nie latały, budynki zbudowane zostały ze zwykłego betonu, niebo było idealnie przejrzyste i ogólnie wszystko wyglądało na XXI wiek.
- Jakie zacofanie! - zawołał Stevie, rozglądając się na lewo i prawo.
- To może być albo alternatywna rzeczywistość, ale cofnęliśmy się w czasie - skomentował Jack.
- Mamo, mamo! Harry Potter! - zawołała jakaś dziewczynka z pobliskiego okna, wskazując na ogromny, wielki jak dwie trzecie stadionu narodowego statek kosmiczny. 

Stevie wychylił rękę i ciągle patrząc na dziewczynkę, kliknął guzik od maskowania. Zanim zdążyła przyjść jej matka, statek stał się niewidzialny.
- Ależ ten świat jest niesamowity... Ta architektura, ta kultura, ta ekspresja! U nas nie ma pomników żeńskich genitaliów - zachwycał się Jack, patrząc na pomnik czynu Rewolucyjnego w Rzeszowie. - Albo to jakiś przekaźnik, albo inna niesamowicie zaawansowana technologia, która tylko wygląda na prehistoryczną...
- Eeee... Jack - przerwał w końcu Stevie, wyraźnie chcąc coś powiedzieć. - Po co tu jesteśmy?

Kapitan zerknął na Steviego.
- Wierzysz w przeznaczenie? - zapytał poważnie.
- Nie. Sam jestem kowalem swojego losu - odparł Stevie, zaskoczony pytaniem.
- A ja wierzę. I wierzę też, że skoczyliśmy tutaj przez portal, bo tego chciał los - kapitan ruszył ster do przodu i statek ruszył wolno.
- Ja wierzę, że to przez tą kulkę od Rzygadła - odburknął Stevie pod nosem.
- A myślisz, że trafiliśmy AKURAT do tego miejsca przez przypadek? - kapitan uśmiechnął się tajemniczo.
- Co?

Jack wyciągnął nagle grubą teczkę i podał ją przyjacielowi. Ten, coraz mniej rozumiejąc otaczającą go rzeczywistość, otworzył plik papierów. Zaczął przeglądać zawartość.
- Rzygadło odebrał te sygnały, kiedy Wielka Czarna Dziura niszczyła Pepperoni i 2x ser.
- Przecież to wszystko... - przewertował jednym ruchem kilkadziesiąt kartek. - To wszystko to nasza historia!

Jack spojrzał na niego poważnie jak nigdy, upijając łyk kawy z termosu.
- Dokładnie. Ta przyszła też.



< poprzedni                                                                                          następny >

  • Digg
  • Del.icio.us
  • StumbleUpon
  • Reddit
  • RSS

Ogame: Prawie jak komiks [83]




"Ale na szczęście AtoJack i AtoStevie uratowali świat. Niestety miesiąc nic się KOMPLETNIE nie działo, więc teraz lecą ratować całą serię Ogame! cz. 1".
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~



"Pepperoni i 2x ser" miało nieco różniące się pory roku od tych znanych na innych planetach. Wiosna, lato, jesień, zima... te okresy są kompletnie obce mieszkańcom toksycznej planety. Rozróżniali oni tylko jedną: "toksyczną", która dzieliła się na kilka podpór, takich jak "czystego powietrza", "trującego powietrza", czy "pizga toksycznymi burzami i złem".

Ostatnie dni były naprawdę przepiękną końcówką "trującego powietrza". Nieliczna roślinność, która była na tyle naiwna, żeby zakiełkować w trakcie "czystego powietrza" i przetrzymać "trujące powietrze", powoli rozpływała się jak lód, czując zbliżające się "pizga toksycznymi burzami i złem". Czuli to też ludzie, rozkoszując się ostatnimi ciepłymi promieniami słońca... a właściwie trzeba by powiedzieć - w ogóle ostatnimi promieniami, zanim niebo znów zostanie zasłonięte toksycznymi chmurami na kilka miesięcy.

Takimi ludźmi byli Kriss Sheepfield oraz Ikswonaizdup Zsuiram, stojący na jednej z balustrad wielkiego zamku ich panującego jaśnie króla, Timmiego.
- Słyszałem, że komisja ekspertów powołana przez profesora Rzygadło, odkryła winnego w sprawie afery Czarnej Dziury - mruknął generał, próbując jakkolwiek przerwać ciszę.
- Tak? I kto poszedł siedzieć? - zapytał Sheepfield, niezbyt ciekawy.
- Rzygadło. Hodował nielegalne czarne dziury. - Ikswonaizdup wzruszył ramionami. - Kto by się spodziewał...
- Bydle... - skomentował beznamiętnie tajny agent.
- Trochę było problemów z tym wszystkim - ciągnął wojskowy niezrażenie. - Próbowano zgniatać puszki, testowano śliskość kocyków, powoływano komisję ekspertów, a gdy ci zawodzili, powoływano komisję ekspertów do spraw wierzytelności opinii innych ekspertów. No ale... zagadkę rozwiązał sam Rzygadło. Przypomniał sobie, że miał w swoim apartamencie miniaturowy Wielki Zderzacz Hadronów, który uległ awarii. Gdyby nie Jack i Steve, pewnie nie rozmawialibyśmy tutaj tak spokojnie... Na pewno nie tutaj...

Znów nastała cisza. Bardzo smętna i głęboka cisza...

***

Timmy siedział smutny na swoim tronie. Na ekranie jego najnowocześniejszego laptopa, który zaczął zbierać już kurz, od miesiąca widniała ta sama strona internetowa z adresem Board Ogame. Na samym środku, wielkimi literami widniał napis: "Zostałeś ZBANOWANY, ty kryminalisto, ty podły zwierzu, ty niegodziwcze! Jak istota nazywająca się człowiekiem mogła dopuścić się tak KARYGODNEGO czynu. ZGNIJESZ W PIEKLE! Powód: Multikonta".
- Panie królu, pora na poranne śniadanie - zawołał radośnie chorąży Kolano, niosąc duże pudełko z pizzą.
- To śniadanie może być wieczorne? - burknął zły Timmy.
- Oho! Komuś wyostrzył się humorek! - Marcin uśmiechnął się szczerze jak typowa mangowa postać z anime i wyciągnął pierwszy trójkąt. - Powiedz aaaaaaaa.
- Nie jestem głodny... Dlaczego mnie zbanowali?! Przecież chciałem dobrze. Chciałem miło!
- Panie królu, rozmawialiśmy już setki razy o tym - rzekł chorąży, próbując wepchnąć pizzę do ust Timmiego. Ten ostatecznie przyjął jedzenie. - Board Ogame ma bardzo restrykcyjne przepisy.

Zapadła głęboka cisza. Tylko Timmy mlaskał smętnie pizzą.

***

Niewiele osób wiedziało o tym, że w centrum dowodzenia planety Słodkiej Kostki jest piwnica. Piwnica tajemnicza i mroczna, która skrywała wiele ponurych sekretów. Tym razem jednak w tym grobowym miejscu nie było tak źle. W tle leciał sobie Stir It Up, autorstwa Boba Marleya i The Wailersa, pod sufitem unosił się ciężki, szarawy dym nieznanego pochodzenia, a w rogu zwisał do góry nogami, w całości związany rudy brat Słodkiej Kostki, Wredna Kostka. Próbował krzyczeć, ale był zakneblowany. Wierzganie też nic nie dawało, oprócz dostarczania postronnym wiele radości.

Inna sytuacja tyczyła się Słodkiej Kostki oraz Mrocznej Kostki. Rodzeństwo leżało sobie na leżaczkach tuż obok i rozkoszowało się chwilą. Oboje byli kompletnie zrelaksowani, a ich umysły znajdowały się w perfekcyjnej harmonii.
- Zapodaj trawkę - mruknął Słodka, wyciągając kopytko.

Z nieco opóźnionym zapłonem, siostra o karej maści podała mu niewielki woreczek. Niebieski kucyk wydobył świeżo narwanej trawy i z rozkoszą zaczął rzuć źdźbła. Odpłynął niemal natychmiast.
- Dobry stuf, no nie? - skomentowała lekkim głosem Mroczna. 

Brat tylko skomentował kiwnięciem. Stuk. Uderzyli się lekko kopytkami, patrząc jak ich rudy przyszywany brat wije się wściekle w kokonie lin.

Skończył się kawałek i zapadła cisza... Nagle zrobiło się tak jakoś smętnie. Już tyle dni nic się nie działo...

***

Krążownik sunął po niebie, napawając swą majestatycznością, każdego, kto go widział. A nie widział go nikt, gdyż zbliżająca się "pizga toksycznymi burzami i złem" kumulowała toksyczne chmury w atmosferze. Jack i Stevie w sumie też nic nie wiedzieli i musieli w pełni polegać na swoich sonarach, radarach i super mocach.
- Nudno tak ostatnio... zauważyłeś?- mruknął Stevie, opierając się łokciami o deskę rozdzielczą statku.
- Ano... Już miesiąc nic się nie działo... - Jack odchylił się w fotelu. - Ale to przecież dobrze. Możemy rozkoszować się nicnierobieniem. Czyż nie narzekałeś na nadmiar pracy, przyjacielu?
- Taa. Ale jakoś od naszego wskrzeszenia spodziewałem się więcej...
- Akcji? - pomógł kapitan.
- Taaak...

Nastała głęboka cisza. Tylko silniki krążownika pracowały ze stałym szumem...
.
..
...
....
- Więc trzeba coś z tym zrobić! - zawołał nagle Jack, kiedy ekran ściemnił się niemal do absolutnej czerni.

Wyciągnął z kieszeni małą, szklaną kulkę, otworzył kokpit i wyrzucił przedmiot na zewnątrz.
- Co ty robisz? - zapytał zaniepokojony Stevie.
- Akcję! - odparł z życiem.

Szklana kulka wybuchła nagle, tworząc niewielką czarną dziurę. Ta zaczęła wciągać krążownik.
- Dostałem to od Rzygadła, zanim wsadzili go do paki - Jack wyglądał na dumnego z siebie.
- Nie, nie, nie! - krzyczał Stevie, wbijając palce w oparcia swojego fotela. - Ja lubiłem swój spokój! NIEEEEEEE...


Czarna dziura pochłonęła statek, po czym zamknęła się z sykiem...


< poprzedni                                                                                          następny >

  • Digg
  • Del.icio.us
  • StumbleUpon
  • Reddit
  • RSS

Ogame: Prawie jak komiks [82]




"Będzie nieco za późno".
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~


Timmy stanął na balkonie swojego zamku i przyglądnął się królestwu, które ciągnęło się aż po horyzont. Co prawda ten horyzont nie był daleko, gdyż wszystko szybko znikało w mgle toksycznych chmur, ale i tak napawał się widokiem. Nawet ten żółtawy smog stanowił jego własność. Był dumny. Te wszystkie fabryki, te laboratoria, stocznie, kopalnie. Pamiętał kiedy zaczynał, jak nie było niczego, oprócz jałowej ziemi. Ahh, Pepperoni i 2x ser. Spokojna, cicha planetka, na której można odpocząć. Może założy tu uzdrowisko? Szczególnie to powietrze robi robotę. Król zaciągnął się nim i od razu zaczął kaszleć, kiedy toksyczny dym podrażnił mu gardło. To nic. Lubił to. To część klimatu. Otarł łzy i podniósł się z kolan.

I wtedy to zobaczył. Ciemną plamę w żółtej mgle w oddali. Wytężył wzrok. Wieczny dym się... przerzedzał? Podniósł brew w zdziwieniu. Czy to, co zobaczył jest możliwe? Cofnął się do swojej sali tronowej, wziął laptopa i wrócił na balkon. Zaczął przeglądać Ogame Board, forum, na którym imperatorzy wymieniali się swoją cenną wiedzą na temat bardzo odpowiedzialny, bo rządzenia planetami. To właśnie tam znalazł przepis na jedną z najlepszych pizz jaką upiekł, oraz co zrobić, gdy na pachwinie wyrośnie grzyb. Może podadzą mu też kroki postępowania na wypadek gdy... spojrzał jeszcze raz na to, co zobaczył... gdy na jego planecie urośnie wielka czarna dziura.

***

AtoJack i AtoSteve unosili się w powietrzu, promieniując swą niezwykłością. Grupa naukowców i Obrońca Ciastek przyglądali się im w ciągłym zaskoczeniu. Zamknięte oczy i błogie uśmiechy "wskrzeszonych" wygięte w literę U były wręcz nienaturalne, ale kiedy ich usta odwróciły się w ∩, profesor Rzygadło zaczął się poważnie niepokoić.
- Jack? Stevie? - zapytał nieśmiało, robiąc krok do przodu.
- Pepperoni i 2x ser jest w niebezpieczeństwie! - przemówił Jack.
- Musimy im pomóc! - dodał Steve.

Oczy pilotów otwarły się nagle i dwójka wystrzeliła w górę. Z hukiem przebili się przez sufit pomieszczenia, a drobne fragmenty tynku i kamieni zasypały obecnych w laboratorium. 
- To się zaczyna robić co najmniej dziwne - skomentowała Obrońca Ciastek.
- Czy to się liczy jako wykonane zadanie? - zapytał kierownik zespołu z nadzieją.

***

- Timmy, może powinniśmy coś z tym zrobić, co? - zapytał nieco przejęty generał Zsuiram Ikswonaizdup.

Nie żeby się bał ogromnej czarnej dziury, która wciągała wszystko na swojej drodze. Jej obecność wpływała jednak nieco na... instynkt samo przetrwania, który kazał uciekać najdalej jak się tylko da.
- Po pierwsze: "królu mój i władco" - zbulwersował się Timmy, nie odrywając wzroku od laptopa. - Po drugie: ciągle czekam na odpowiedź na forum. Chyba mi nie wierzą.
- Też bym nie uwierzył. Nie co dzień na planecie wyrasta czarna dziura - zauważył generał, opierając się o barierkę balkonu. - Co to?

Timmy spojrzał za jego palcem. Coś zbliżało się bardzo szybko, zostawiając za sobą szarą smugę.
- Identyfikacja zakończona. To kapitan Jack i kapitan Stevie - poinformował skomputeryzowany głos statku, wydobywający się z... lapotopa Timmiego.
- CO TY TAM ROBISZ! - wrzasnął imperator.
- Idluje - odparł beznamiętnie głos.

AtoJack i AtoStevie podlecieli do czarnej dziury i zaczęli z nią walczyć. Kopali ją, bili, uderzali z całych sił. Walili laserami z oczu, atakowali magicznymi firebollami, wyciągali znikąd energetyczne miecze i cięli jak szaleni.

Zsuiram nie dowierzał w to, co widzi.
- Jack i Stevie? Tak po prostu po za statkiem? - wydyszał.
- To jest co najmniej dziwne - skomentował Timmy.
- Obrońca zadał łącznie PIŃCET obrażeń, powłoki agresora przyjęły zero obrażeń. Agresor zadał łącznie 0 obrażeń, ale powłoki Jacka i Steviego przyjęły łącznie PIŃCET obrażeń - informował co chwilę komputer, ale w sumie nikt go nie słuchał.
- Ouh, ten atak deszczem meteorytów... Czy to ciągle bitwa kosmiczna? - zastanawiał się generał, popijając piwem.
- Nie wiem, ale ja się zastanawiam jak to napisać na forum, żeby mi uwierzyli. 

Podmuch po większej eksplozji zmierzwił ich włosy.
- O nie, mój popcorn! - zawołał smutno chorąży Kolano, zbierając ziarenka z podłogi.

Dowódca wojsk i władca spojrzeli zaskoczeni na Marcina, który pojawił się nie wiadomo skąd.
- A co ty tu robisz? Dyktando napisane? - zapytał surowo generał.
- Tak, przyszedłem, żeby pan sprawdził. To najlepsze dyktando jakie napisałem! Bardzo się starałem - odparł Kolano i podał kartkę generałowi.

Gorący odłamek wyrwał Ikswonaizdupowi sprawdzian z ręki i spalił go na popiół. 
- No nic, napiszesz je jeszcze raz. O, wygrywają. Robią Uniwersal Spirit Bomb. - zawołał podekscytowany generał, znów wymachując grubym paluchem.

Jack i Stevie cisnęli OGROMNĄ białą sferę w czarną dziurę. Ta wchłonęła energię i wszystko ucichło. Tylko chorąży Kolano łkał cicho w swej prywatnej żałobie.


< poprzedni                                                                                          następny >

  • Digg
  • Del.icio.us
  • StumbleUpon
  • Reddit
  • RSS

Ogame: Prawie jak komiks [81]




"A obawiam się, że gdy sobie ktoś o niej przypomni... ".
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~



Odgłos pikania roznosił się po całym laboratorium. Grupa naukowców w skupieniu obserwowała profesora Rzygadło, który z widocznym wysiłkiem skupiał się na operacji. Oczy biegały mu intensywnie, obserwując z pieczołowitością jakiś przedmiot, palcami badał obiekt, zastanawiając się nad efektami swych działań i dalszymi poczynaniami. W końcu jednak rzekł stanowczo:
- Skalpel.

Któryś z asystentów podał kierownikowi ostrze. Ten przyłożył nóż do operowanego.
- Wykonuję pierwsze cięcie. – Głos mu lekko drżał.

Mimo pikania, wszyscy usłyszeli mlaszczący odgłos rozcinanego mięsa. Nie był to przyjemny dźwięk, ale ten na którym przeprowadzano operację, wyglądał tak smakowicie...

Rzygadło podniósł widelec i spróbował kawałek pieczeni. Była wyborna, sosik spływał po jej spieczonych bokach, tłuszczyk sączył się przez mięso. Profesor przewrócił oczami z rozkoszy.
- Przepyszne, fantastyczne! Człowieku zostaw tego ping-ponga i chodź jeść! - zawołał do naukowca, który grał na komputerze.

Ten westchnął i wyłączył urządzenie. Odgłos pikania ucichł, a naukowcy przystąpili do operacji konsumpcji obiadu.

Drzwi nagle otwarły się z hukiem, niemalże wylatując z zawiasów. W progu stanęła Obrońca Ciastek, dla odmiany wyglądając jak wściekła osa.
- CO TU SIĘ DO CHOLERY DZIEJE! - ryknęła z furią.
- Pieczeń – odparł spokojnie profesor, biorąc do ust kolejny kęs. - Chcesz trochę?
- Co? JAK?! - jej wzrok utknął na soczystej, pysznej i pachnącej pieczeni, która stała na stole operacyjnym. Jej głos złagodniał, a ona sama wyglądała jak zahipnotyzowana. - Skąd macie składnik?
- Z internetu – odparł kierownik i popił czerwonym winem, po czym otarł usta białą chustą.

Obrońca Ciastek otrzęsła się z zauroczenia fantastycznym mięskiem i znów przybrała swoją standardową, wściekłą pozę.
- Przecież mili wam zabrać sieć!!! I co z Jackiem i Steviem! Czy wy naprawdę jesteście takimi kretynami?! Jednego polecenia nie rozumiecie?! Przywrócić ich do życia, a nie robić obiad!!!!!
- Ale pani się uspokoi – powiedział z pełnymi ustami Wiesław i wskazał szerokim ruchem ręki na całe pomieszczenie. – Spójrz. Przekopiowaliśmy już osobowość pacjentów na dysk twardy i teraz formatujemy ich mózgi.

Niebieski pasek postępu niezwykle wolno przesuwał się wzdłuż jednego z monitorów.
- Tak naprawdę nie jesteśmy pewni co zadziała, więc działamy wszystkimi metodami naraz.

Profesor wstał, otarł usta i zaczął oprowadzać osłupiałą Ciastek.
- Tutaj zbudowaliśmy zrobotyzowane sobowtóry Jacka i Steviego. Jeśli wszystko zawiedzie, skopiujemy ich świadomości i będą jak nowi! Nie przejmuj się, że są kwadratowi i wyglądają jak szkielet terminatora. To taka moda.

Przeszli dalej, ku dwóm wielkim, szklanym probówkom, w których coś pływało.
- Tutaj postanowiliśmy ich sklonować. Póki co nam nieźle idzie. Zmodyfikowaliśmy nawet oryginalne geny na lepsze.

Podeszli do ostatniego stolika, na którym stało kilka małych, normalnych rozmiarów probówek.
- A tutaj, tak na wszelki wypadek, jest stanowisko InVitro. Jakby wszystko zawiodło, to wystarczy, że cię zapłodnimy i urodzisz ich na nowo!
Ciastek pokiwała głową z niedowierzania.
- Złamaliście chyba wszystkie prawa etyczności ludz... CO!!!! – wrzasnęła nagle, kiedy dotarło do niej, co powiedział profesor. – ZAPŁODNIĆ!?!?!?! JA WAS ZAPŁODNIĘ, NA WYLOT!

Dobyła blastera i bez zastanowienia wystrzeliła w przerażonego Rzygadło. Czknęła jednak w swym zwyczaju kiedy była zła, i wiązka światła chybiła, godząc w wielką kolbę z czarną cieczą w środku. Pojemnik strzelił z trzaskiem, a płyn zaczął wylewać się prosto na czarne, otwarte worki z ciałami pilotów.
- O nie! - krzyknął zafrasowany profesor. - To związek X!

Nastąpiła eksplozja, a laboratorium wypełnił szary dym. Oszołomieni ludzie podnieśli się z ziemi i wbili wzrok w miejsce, gdzie powinny być ciała Jacka i Steviego. Nie zobaczyli ich jednak, ale kiedy dym się przerzedził, ujrzeli dwie postacie, świecące białym światłem i lewitujące metr nad ziemią. Istoty trzymały się za ręce, a ich oczy były zamknięte. Usta wyginały się w błogim uśmiechu.

Rzygadło podszedł pośpiesznie. Nie mógł uwierzyć w to, co widzi.
- Niewiarygodne – wysapał. – AtoJack i AtoSteve... Atomówki! 


< poprzedni                                                                                          następny >

  • Digg
  • Del.icio.us
  • StumbleUpon
  • Reddit
  • RSS

Ogame: Prawie jak komiks [80]



"Rzecz wcale nie tak oczywista".
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~




< poprzedni                                                                                          następny >

  • Digg
  • Del.icio.us
  • StumbleUpon
  • Reddit
  • RSS

Ogame: Prawie jak komiks [79]



"No bo jest taka jedna rzecz, dosyć istotna, o której zapomniano".
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Całe pomieszczenie było dobrze oświetlone i choć zapewniało komfort pracy, ujawniało skromność i brak pokaźności sali. Nie była to dobra cecha dla "centrum dowodzenia", które przecież im większe, tym wydajniejsze, lepsze i fajniejsze. Każdy wie, że ilość kolorowych światełek w im ciemniejszym centrum dowodzenia, MA znaczenie i świadczy o potędze tego, czym się dowodziło. No ale ciężko było spodziewać się "poważnego" centrum dowodzenia, gdy planeta tak naprawdę dopiero zaczęła się rozwijać. Bo czym jest laboratorium na drugim poziomie czy stocznia na trzecim w uniwersum, gdzie praktycznie każdy może od pstryknięcia palca wyprodukować gwiazdę śmierci, lepszą (i SKOŃCZONĄ) od tej, którą miał prekursor gwiezdnych wojen, Mroczny Ojciec (tak naprawdę nie jest to prawdą, gdyż w sumie tylko kilka cywilizacji może sobie pozwolić na najdroższy statek, jaki tylko istnieje. Ale podkreśla to dramaturgię sytuacji, więc tak napisałem).

Przywódca "Z szynką i oliwkami", brodaty brunet o sporym wąsie, usiadł przy niedużej konsoli dowodzenia. Było to kilka monitorów zwisających nad szklanym stołem, którego przykrywały holograficzne klawiatury i panele sterownia. Coś poklikał, coś pokręcił i otwarło się kilka okienek. W tym jedno bardzo ważne. Kursor migał monotonnie, a przyjazny napis "Michale, o czym teraz myślisz?" nęcił, żeby napisać coś fajnego. Brunet odchylił się w fotelu na moment, próbując poskładać myśli. Zmęczenie powoli zaganiało go w krainę snów, ale to, co miał naskrobać miało najwyższy priorytet. Zamyślił się...  Jak w jednym zdaniu określić jego radość ze zwycięstwa nad Ciastek. Jak krótko wyrazić swoje podniecenie z udanej obrony przed nie lada inwazją i niechybną anihilacją...

Tak! Już wiedział! Zerwał się do holograficznej klawiatury i zaczął pisać. Walnął w przenikalny "enter" i odchylił się, żeby zobaczyć swoje dzieło. Na tablicy bruneta pojawił się post: 

 Twoja stara gada z cyklopem w cztery oczy -  spełniony.


***

- Panie kierowniku - zapytał jeden z naukowców, wpatrując się w sufit ich małej celi. - Jak to jest możliwe, że od dwóch tygodni dowództwo nie zauważyło zniknięcia całego sztabu naukowego i nikt nie wyruszył nam na pomoc?

Profesor Wiesław Rzygadło wzruszył ramionami. Wiele miał teorii. W jednej z nich Timmy, ich nowy imperator, naprawdę nie zauważył zniknięcia naukowców. To dobry chłopak, mądry, ale roztrzepany. W drugiej, już pierwszego dnia zauważyli ich zniknięcie, ale nikomu się nie chce wyruszyć na misję ratowniczą. 
- Pewnie nasza flota nie wróciła jeszcze z misji sojuszniczej po drugiej stronie kosmosu. Ale jakoś tak powinni już się pojawić. Wtedy nam pomogą - wymyślił na miejscu. To był ten najmniej prawdopodobny scenariusz.
- Ahh... - zamyślił się naukowiec. Też w to nie wierzył.

Rozległ się tupot wielu osób, który odbijał się echem po korytarzach więzienia. Naukowcy wstali. Czuli, że coś się za moment wydarzy. Nagle przed celą pojawiło się kilku mężczyzn, z Obrońcą Ciastek na czele. Była wyjątkowo zła, jakby przeczytała niemiłego posta na swój temat na jakimś portalu społecznościowym. Wsadziła z impetem wielki klucz w zamek kraty, ale nie trafiła i ten się złamał. Przeklnęła obrzydliwe, wyrwała blaster z kabury i niemalże krusząc sobie zęby od zaciskania ich z furią, jednym wystrzałem rozwaliła zamek. Kawałki metalu poszybowały w powietrze, jeden odłamek przeleciał obok głowy profesora Rzygadło. 
- Wypad, JUŻ! - warknęła kobieta wściekle i czknęła.

Naukowcy rozglądnęli się niepewnie. Ciastek złapała Rzygadło, przyciągnęła go do siebie i sycząc mu prosto w twarz, powiedziała:
- Nie będę powtarzać!

Jak szmacianą lalką, rzuciła nim o ścianę, a warto przypomnieć, że kierownik do najlżejszych nie należał. Któryś towarzyszący kobiecie mężczyzna chwycił za swój krzyżyk.
- Za mną. Porwałam was, bo macie coś dla mnie zrobić, HYP - mruknęła i zaczęła iść wzdłuż korytarza. 

Dwóch naukowców pomogło wstać profesorowi. Ten potarł głowę i szepnął:
- Ahh ten PMS...

Zaczęli iść za przewodniczką. Podążali chwilę wzdłuż jasno oświetlonych korytarzy, gdy nagle dotarli do sporych rozmiarów laboratorium. Było ono wyposażone w najnowocześniejszy sprzęt. Elektronika wręcz kipiała ze ścian, stołów, szafek i każdej jednej, możliwej powierzchni. Wszystko ładnie się migało, świeciło i wyświetlało milion różnych informacji. Dla naukowców było to jak wejście do domu publicznego pełnego samych największych gwiazd "niskobudżetowych filmów przyrodniczych, w których nie ma pieniędzy nawet na ubrania", dlatego niektórym wypukliły się nieco spodnie, a innym pociekła krew z nosów. Jedynie profesor zachował spokój, choć i jemu łezka zakręciła się w oku.
- Profesorze, chodź tu, HYP - rozkazała Ciastek, wskazując blasterem na dwa czarne worki na ciała, ułożone na stole.

Rzygadło od razu wykonał polecenie. Bał się kolejnego lotu. Ciastek, choć mniejsza co najmniej o głowę od niego, spojrzała na niego z wyższością.
- Macie ich naprawić. Moi naukowcy są za inteligentni na to i twierdzą, że to nie możliwe. Ale wy... wasz kretynizm osiąga nowe wymiary. Dlatego będziecie potrafili tego dokonać. 
- Kogo mamy naprawić? - naukowiec przełknął ślinę. Nie był pewien czy kwestia o kretynizmie była komplementem czy obelgą.

Ciastek tylko wskazała zapraszającym gestem na worki. Profesor wolnym ruchem zaczął rozsuwać oba na raz, a naukowcy wystawili głowy zza jego pleców niczym surykatki, chcąc również zobaczyć co się święci.

Nagle ich rozpoznali. W workach leżeli Jack i Stevie. 


< poprzedni                                                                                          następny >

  • Digg
  • Del.icio.us
  • StumbleUpon
  • Reddit
  • RSS

Ogame: Prawie jak komiks [78]



"Czy ty też masz czasami, takie usilne uczucie, że o czymś zapomniałeś?".
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Przyszła w nocy, niczym najgorszy koszmar, bezgłośnie, zupełnie jak sam cień. Była duchem, przerażającą, czarną zmorą, najlepszą w swoim fachu! Przebiegła jak lis, mądra jak sowa, skuteczna jak... Stosunek przerywany.

Rozległ się huk, kiedy postać potknęła się o miniaturowy Wielki Zderzacz Hadronów. Jej kopnięcie uszkodziło tunel i na podłodze zaczęła formować się mikro czarna dziura, wciągająca kurz, roztocza i pomniejsze śmieci. Zamaskowany człowiek z wielkim zaskoczeniem spojrzał na twór, który powoli stawał się coraz większy. Szum narastał. Mężczyzna, który spał na łóżku obok obudził się i zaspanym wzrokiem spojrzał najpierw na postać, potem na czarną dziurę. To był profesor Rzygadło. Mrugał on powiekami, próbując przypomnieć sobie w pierwszej kolejności, jak się żyje. Takie informacje, jak obcy w pokoju z blasterem w ręce, czy czarna dziura na podłodze były kompletnie zbędne i zaśmiecały umysł. Uznał ostatecznie, że lepszym pomysłem będzie zamknięcie oczu. Wszystko samo się rozwiąże.

Zamaskowana odetchnęła. Przez chwilę starała się nawet nie oddychać, chociaż serce biło jej jak szalone. Ma więcej szczęścia niż rozumu... Chociaż... Spojrzała na czarną dziurę, która powoli zaczęła wsysać nogę od pobliskiego stołu... Ciężko było to ogarnąć rozumem. Nie przejmując się więc swoim drobnym błędem, wyciągnęła czarny worek.

Tak, skuteczna jak stosunek przerywany. Mogła ona wpaść, ale wszystko i tak zależało od szczęścia. Założyła torbę na głowę Rzygadła.

***

- Panie profesorze! Panie profesorze - krzyczał ktoś, potrząsając go w ramię. - Nic panu nie jest? Niech się pan ocknie!

Profesor Rzygadło z niechęcią otworzył oczy. Spało mu się bardzo dobrze i nienawidził, gdy ktoś go budził. Szybko jednak zorientował się, że coś jest nie tak. Ta dziwna postać w jego pokoju, głos, który go teraz rozbudził... Nagle zerwał się na równe nogi. Już wszystko rozumiał!
- Co ty robisz w moim pokoju! - Wrzasnął.
- Panie profesorze - odezwał się inny głos, gdzieś bardziej z boku. - Nie jesteśmy w pańskim pokoju.

Rzygadło zrobił minę, jak ktoś, kto się zawiesił w stanie przejściowym z niezrozumienia do przerażenia. Z tą samą ekspresją rozglądnął się po otoczeniu. Kraty, obskurne ściany, mała przestrzeń i brak mebli. Wyciągnął hipotezę:
- Nie jesteśmy w moim pokoju.
- Genialna myśl, panie profesorze, zaiste - przemówiła trzecia osoba. 

Spojrzał na otaczający go tłum. To był jego sztab naukowców. Wszyscy tłoczyli się w małej celi. Panika ogarnęła go całego. Przebił się do kraty i zaczął szarpać pręty, próbując je wyrwać w desperacji.
- Nie! Wypuścicie mnie! - Wrzeszczał.

Nie chodziło o to, że został porwany. Chodziło o czas, kiedy mu się to przytrafiło! Był w trakcie tygodniowego urlopu. Siedem cudownych dni bez patrzenia, na te tępe twarze, które śmią zwać się naukowcami. I nagle coś takiego. Nie!
- Weźcie ich, a nie mnie! - Krzyczał dalej.

Naukowcy odsunęli się nagle na sam tył celi. Tylko Rzygadło dalej szarpał kraty, falując swoim tłustym ciałem niczym galareta, nie widząc, że ktoś stanął tuż przed nim.
- Ehem.

Profesor znieruchomiał, otwierając oczy. Zobaczył niewysoką, drobną kobietę, ubraną w czarne, obcisłe ciuchy. Jej twarz zasłaniała kominiarka.

- Zaraz, ja tą osobę gdzieś widziałem. Przecież to - szepnął głośno któryś naukowiec, ale postać wrzasnęła nagle:
- WCALE MNIE NIE ZNASZ, KMIOCIE JEDEN! Ehem, tak!

Zapadła cisza. Nawet profesor uspokoił się na moment, ale przypomniał sobie, że musi panikować dalej.
- Kim jesteś, co to za miejsce, czemu akurat teraz, w czasie urlopu! - Wypluł z siebie przerażony.
- Na pewno masz wiele pytań - przemówiła postać. - Nie odpowiem jednak na rzadne z nich.
- A nie, już wszystko wiem - dodał spokojnie profesor i usiadł na ziemi.
- Co? Skąd?! - Zamaskowana postać rozglądnęła się zaniepokojona. Zdradziła się jakoś?

Czknęła nagle. Co prawda desperacko zasłoniła usta, ale nie dało się nie zauważyć tego, słodkiego, charakterystycznego czknięcia. Profesor wzruszył ramionami  i wskazał na wielki gobelin, wiszący za plecami oprawcy. Przedstawiał on herb Obrońcy Ciastek. Postać nawet nie spojrzała za siebie. Wykrzywiła tylko usta w grymasie.
- Wiedziałam, że o czymś zapomniałam.


< poprzedni                                                                                          następny >

  • Digg
  • Del.icio.us
  • StumbleUpon
  • Reddit
  • RSS

Ogame: Prawie jak komiks [77]



"Główny bohater zawsze przetrwa".
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~


- Nie damy im rady, jest ich.... AAAAAA! 

Połączenie zostało przerwane, a w radiu pozostał jedynie szum, jednak ani Jack ani Steve nie mieli czasu na rozmyślanie o kolejnym krążowniku, który został pożarty. Sami właśnie uciekali przed chordę kilkunastu sond szpiegowskich, desperacko manewrując między szczątkami i wrakami innych statków. Nagle Jack zobaczył to. Całe cmentarzysko okrętów wojennych. Idealna kryjówka. Przyspieszył swój pojazd, odpychając poszyciem kilka mniejszych kawałków metalu. Pofrunął pod niemalże nienaruszonym wrakiem i wleciał od jego drugiej strony do wnętrza, przez ogromną dziurę wytopioną w kadłubie. Osiadł na kawałku jakiejś sali i powyłączał silniki.  
- Jack, nie mamy szans, to są sondy szpiegowskie! - Jęknął drugi pilot, w rozpaczy ściskając kolana.
- Cii... Zaufaj mi - szepnął. - Nic nam nie grozi...

Przez wytopioną dziurę widzieli białe słupy światła, manewrujące po otoczeniu. Szukali ich...
***
- Haha! Tak! Kolejna runda moja! - Cieszyła się Ciastek, bijąc jednego ze swoich oficerów głową o biurko.

Tłum ludzi wpatrywał się w wielkie hologramy, wiszące pod sufitem centrum dowodzenia planety Obrońcy Ciastek. Wyglądało to trochę jak wieczór piłkarski w całkiem porządnym pubie, z tym, że nie oglądali pogromu jaki zasponsorowali Niemcy Brazylijczykom, a pogrom jaki Obrońca Ciastek zasponsorowała połowie galaktyki. Z bardzo podobnym skutkiem z resztą. Nikt nie wiedział tylko po co. Ciastek w sumie też na początku nie podobało się robienie z siebie kozła ofiarnego, ale kiedy zobaczyła jak łatwo zdobywa się galaktykę, spodobało się jej. Co prawda wysłała wszystkie swoje jednostki i to na słabiej umocnione fortyfikacje, ale była pewna, że sondy przyniosą tyle surowców, że inwestycja w nie nie tylko się zwróci, ale i będzie mogła zrobić ich drugie tyle.
- Pani Dowódcę! - Zawołał posłaniec, trzymając jakiś świstek w ręce.

Ciastek go zignorowała. Zajęta była patrzeniem na oblężenie Niszczyciela. Jeszcze chwilę i flagowy okręt runie.
- Pani dowódcę! To Pilne! - Zawołał, chwytając ją za ramię.

To był odruch. Sięgnęła po blaster i wykręcając rękę mężczyzny, przystawiła mu miotacz do skroni.
- Będziesz cierpiał. Strasznie cierpiał - syknęła z zimną furią.
- Ale pani dowódcę! To strasznie pilne! Chodzi o sondy!

Jej mina zrzedła.
- Lepiej, żeby to było PILNE - popchnęła go na biurko, obok nieprzytomnego już oficera, którym moment wcześniej biła o blat. 
- To wiadomość od Krissa Sheepfielda - wysapał, wyciągając rękę z kartką ku Ciastek. Przerażony zerknął na swojego nieprzytomnego kolegę.

Ciastek wyrwała mu świstek i przeczytała krótką notkę: "Lisana. Mam nadzieję, że zdajesz sobie sprawę z tego, iż już od ośmiu lat sondy nie przynoszą skradzionych surowców?". Ciastek opuściła ręce i krzywiąc usta, rzuciła tylko:
- K***a.
***

 - O nie, znaleźli nas! - krzyknął przerażony Steve.

Istotnie. Przez dziurę w kadłubie zaczęły wsypywać się sondy szpiegowskie. Ciesząc się i klekocząc, powoli zbliżały się do samotnego krążownika, napawając się chwilą tryumfu. Otaczały go i zacieśniały krąg.
- Jesteśmy bezpieczni - powtórzył spokojnie Jack, upijając łyk kawy z termosu.
- Skąd ta pewność!  - Steve nie dowierzał.

Wiedział, że jakoś często unikali zniszczenia, ale no ileż można! Jack odłożył termos.
- Nie oglądasz filmów? Za moment się wycofają. Tuż przed zniszczeniem nas. Patrz.

Podniósł dłoń i zaczął odliczać.
- Trzy, dwa, jeden...

EKSPLOZJA! Wszystkie sondy wystrzeliły na raz. Wnętrze wraku okrętu wojennego wypełniło się ogniem. Dopiero wtedy szarańcza statków szpiegowskich dostała sygnał od Ciastek, aby przerwać atak i się wycofać. Kilka statków, które przetrwały eksplozję, wyleciało przez kadłub wraku, dołączając się do niezliczonej ilości czarnych kulek, opuszczających pole bitwy jak gdyby nigdy nic. Jakkolwiek by to nie wyglądało, zwyciężył obrońca.

< poprzedni                                                                                          następny >

  • Digg
  • Del.icio.us
  • StumbleUpon
  • Reddit
  • RSS

Ogame: Prawie jak komiks [76]



"Ktoś... oczywisty".
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~


Są rzeczy oczywiste i niezmienne, stanowiące swego rodzaju pewnik we wszechświecie. Na przykład czarna dziura podczas ekspedycji pojawi się dopiero wtedy, gdy wyśle się na nią wszystkie swoje najlepsze statki, czy samotna wyrzutnia rakiet na opuszczonej planecie, która zdoła się zreperować przynajmniej czternaście razy po zniszczeniu, zanim w końcu stwierdzi, że nie warto bronić tej jednej kopalni metalu na trzecim poziomie.

Takim samym pewnikiem jest "rozwój". Każda cywilizacja musi się rozwijać, przeć naprzód w wymagającym wyścigu technologicznym, rozwijać wpływy i ekonomię! A gdy skończy się miejsce na rodzimej planecie, założyć i kolonię...

Dobrze wiemy, że geneza założenia kolonii "Z szynką i oliwkami" nie jest tak wzniosła i patetyczna. Na rodzimej planecie Timmiego ciągle leżały odłogiem ogromne połacie pięknego terenu, tylko czekającego na zagospodarowanie. Ale trzy i pół tysiąca antymaterii piechotą nie chodzi, a za budowanie fabryk, nowy imperator by ich nie dostał. Nigdy jednak Timmy nie spodziewał się, że po założeniu własnej kolonii, będzie musiał się nią kiedykolwiek zajmować! Brutalny wszechświat z całą pewnością był niezwykle bezlitosny i pełen zasadzek...

Timmy podniósł smętnie wzrok. W sali tronowej było ciemno, wszystkie piece stały wygaszone i każdy z jego poddanych smacznie spał, jak przystało na trzecią w nocy. Tylko on siedział na tronie wpół przytomny od zmęczenia, a jego gładkie, królewskie lico oświetlało jedynie niebieskie światło z ekranu laptopa, leżącego na władczych kolanach. PING! Przyszło powiadomienie... Król smętnie spojrzał na wiadomość... Czuł, że nie ma już siły patrzeć na kolejną informację... To na pewno akcja szpiegowska. No przecież nie prośba o wsparcie, bo jakaś wielka armia niezniszczalnych sond szpiegowskich niszczy kosmos. Zaśmiał się. Zamknął laptopa i niemalże natychmiast zasnął na swym tronie...

***

BUM! Ogromna implozja wstrząsnęła pobliskimi statkami, kiedy cały okręt wojenny został po prostu wessany przez mini czarną dziurę, powstałą po uszkodzeniu jego silników nadprzestrzennych. Towarzyszące mu krążowniki niczym spłoszone owieczki zaczęły uciekać desperacko, lecz szarańcza małych, czarnych pojazdów dopadła również i ich. Kule pełne antenek i satelit po prostu obsiadły bojowe statki, żeby po chwili pozostawić po nich jedynie swobodnie fruwające szczątki. Rozległ się złowieszczy śmiech wrogich pojazdów, który brzmiał jak "kekekekek". Zadowolona z siebie szarańcza ruszyła przez powstały wyłom w linii obrony. Pędziły przerażająco szybko, prawie jak samo światło, lecz nagle pojedyncze pociski laserowe ze śmiertelną precyzją zestrzeliły wrogów jeden po drugim. Obrońcy wystrzelili czternaście pocisków z siłą równą ponad półtora miliona obrażeń. Agresor nie zdążył nawet zareagować...

Z ciemności wyłonił się Niszczyciel - ogromna stacja bojowa, stanowiąca centrum dowodzenia całej obrony przed apokalipsą. W jego wnętrzu, w ogromnej sali radziło się całe grono dowódców, którzy w pocie czoła próbowali wymyślić jakiś rozpaczliwy plan obrony. Głowili się oni nad wielkim, hologramowym stołem, który wyświetlał właśnie w powietrzu ogólny zarys pola bitwy. Nie wyglądało to dobrze. 

"Musimy zjednoczyć galaktykę!" - rzekł przywódca planety "Lubie moją mamę", najbardziej zaawansowanego technologicznie świata w tej części galaktyki. Cała szarańcza złowieszczych sond szpiegowskich wysłanych przez Obrońcę Ciastek miała zniszczyć wszelkie życie, lecz ludzkość postanowiła stanąć do walki i pokazać z jakiej gliny jest ulepiona! ... No dobra, na pewno nie z solidarnej... Chociaż, w sumie to nawet nie o solidarność chodzi. Tylko o możliwości. No bo co te pojedyncze "wioski" miały wystawić do walki? Transportowce? Lekkie myśliwce? Tylko "Lubię moją mamę", flota z "Pepperoni i 2x ser" oraz mizerne działa obronne na kolonii "Z szynką i oliwkami" (gdzie akurat toczyła się bitwa), brane były w ogóle pod uwagę. Reszta stanowiła mięso armatnie... 

- Nie mamy szans. Kilkaset tych małych pierdolotów napiera od wschodu. Tamtejsze krążowniki ledwo już popyrkują - burknął jeden z dowódców, brodaty brunet o sporym wąsie. - Musimy szybko coś wymyślić, albo ludzkość upadnie!
- Formalnie to nie ludzkość upadnie, tylko ukradną nam trochę surowców... - Napomknął młody chorąży, ale inni zganili go natychmiast, zanim ten zdążył dokończyć!
- Cicho siedź, podlotku! Nie rozumiesz powagi sytuacji! Wszyscy upadniemy!
- Dobra, dobra... - Burknął i usiadł cicho w kącie. 
- Mam pomysł! - Zawołał nagle inny oficer, siedzący po przeciwległej stronie stołu. - A jakby tak.. - Tu zrobił pauzę, żeby zbudować napięcie... - Rozkazać komuś wygrać bitwę! - Wypalił radośnie.

Inni spojrzeli na niego, wytrzeszczając oczy. 
- Przecież ten pomysł jest... GENIALNY - zawołali dowódcy  niemalże chóralnie.
- Wyślemy kogoś w sam środek bitwy, żeby ten zniszczył sam wszystkich wrogów - kontynuował pomysłodawca. - Tylko to musi być ktoś charakterystyczny, ktoś heroiczny. Ktoś... oczywisty. 

***

- Przyjąłem... mamy wbić się w linię wroga i wszystkich powystrzelać - potwierdził kapitan Jack.
- Przepraszam - wtrącił się Steve, nie będąc w pełni przekonany co do słuszności planu. - Ale czy jesteście pewni, że to dobry pomysł posyłać na misję samobójczą pojazd typu krążownik, który zdaje się być przekąską dla tych zmutowanych sond szpiegowskich, kiedy wasz Niszczyciel niszczy je na strzał?

Nastała w radiu cisza, żeby po chwili odezwał się pełen przekonania głos:
 - Oczywiście! Bez odbioru!
- Wojna... - Skomentował z filozoficzną głębią Jack i otwarł całkowicie przepustnicę silników. Steve odznaczył kolejną kreskę na swoim liczydle "Prawdopodobnie za chwilę zginę".


< poprzedni                                                                                          następny >

  • Digg
  • Del.icio.us
  • StumbleUpon
  • Reddit
  • RSS

Ogame: Prawie jak komiks [75]



"Efekt masy".
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~



Planeta „Lubię moją mamę” była owszem, najbardziej rozwiniętą cywilizacją w tej części kosmosu, ale nawet ona nie potrafiła obronić się przed atakiem szarańczy jakichś zmutowanych sond szpiegowskich. Były niezniszczalne, a same zdawały się mieć działa potężniejsze nawet od okrętów wojennych... Walka była jednostronna.

Wtedy pomoc by się przydała, to prawda, ale nie dwa miesiące po ich całkowitej destrukcji! Cała armia przylatuje na ich podwórko i pyta się, czy nie chcą pomocy po tym, jak już się odbudowali. Nie ma to, jak wyczucie czasu – pomyślał władca planety „Lubię moją mamę”, patrząc, jak armia z planety „Pepperoni i 2x ser” powoli zmienia się w małe punkciki na niebie.

Westchnął. Zawinął swoją szatą i wraz ze świtą zaczęli wracać do ich pałacu, gdzie mieli rozplanować nowy program ataku na opuszczone planety, w celu odzyskania surowców. Był to ważny punkt dzisiejszego dnia, ponieważ inwestycja w fabrykę robotów stawała się coraz kosztowniejsza i nagły dopływ zasobów był bardzo pożądany...
– Panie władco, panie władco! – zawołał ktoś w oddali.

Ku podążającej świcie biegł młody chłopaczek, choć zupełnie jak dorośli, ubrany był w ekscentryczne szaty. Krzyczał on w zadyszce, machał rękami, i generalnie zachowywał się jak opętany. Wyraźnie chciał coś powiedzieć.
– Panie! Ważne... Wieści! – sapał młodzieniec, kiedy już dobiegł do świty. – Międzygalaktyczny portal „Na skos” opublikował właśnie „Taśmy prawdy”!

Władca popatrzył na chłopaczka i podniósł brwi w lekkim zaskoczeniu:
– Nie mogłeś mi tego wysłać mailem, Michał?
– Yyyyy – zakłopotał się posłaniec. – Mogłem, ale chciałem, żeby było dramatycznie.

Władca westchnął. Rozejrzał się dookoła. Te piękne, szklane budynki, te podniebne autostrady, unoszące się w powietrze parki... Tworzy ten fantastyczny świat dla takich kretynów...
– Dobra – burknął. – Co to za taśmy?

Chłopaczek wyciągnął coś, na kształt smartphona i odpalił plik. Rozległ się nieco skrzekliwy głos kobiety:
– Ha. Ha – zabrzmiała, jakby czytała z kartki. – Zniszczę ich wszystkich. Na pewno się nie zorientują, że to ja ich atakuję, Obrońca Ciastek, mająca planetę matkę „Utopia Cię” na współrzędnych 1:221:7... Jaki ten tekst jest żałosny! – syknęła nagle, ale w tle rozległo się „ciii, czytaj” i kobieta wróciła do normalnego, sztucznego tonu. – Ha. Ha. Znowu wyślę armię sond szpiegowskich za... Dwa dni? Tu jest napisane dwa? Który z was, kretyni, pisał ten tekst! Nie mogliście chociaż tego, matoły, czytelnie napisać?!! – Znów rozległo się w tle wręcz błagalne „Czytaj! Czytaj! Tam jest dwa!”. – Ech... Za dwa dni. I zdominuję kosmos. – Szelest kartek, chwila ciszy. – Aha. Nie lubię Jacka i Steviego. Tylko ich wykorzystuję. – Znowu szelest kartki, skrobanie po papierze. – A Słodka Kostka jest najlepszy... CO?!!! ZABIJĘ CIĘ!!!!

Trzask, huk. Nagranie urwało się.
– O motyla noga! – Przeklął soczyście władca. – Zbliża się kolejna apokalipsa! Czy te taśmy są prawdziwe?
– BMW już wpadło do siedziby „Na skos”, a NBA ich przesłuchuje – wyjaśnił posłaniec. – Ale DNS twierdzi, że taśmy mogą być prawdziwe.


– Szybko! Skomunikować się z tą flotą co właśnie odleciała! – wydawał dynamicznie rozkazy. – Wprowadzić stan wojenny, przygotować wszystkie działa obronne, uruchomić naszą flotę, zjednoczyć galaktykę JUŻ! Tym razem ludzkość nie upadnie! Będziemy się bronić i wygramy!

Świta spojrzała na swojego władcę. Trochę przesadził z tym upadaniem ludzkości. Ten wzruszył ramionami i odparł tłumacząc się.
– No co? Grałem w Mass Effect ostatnio.


< poprzedni                                                                                          następny >

  • Digg
  • Del.icio.us
  • StumbleUpon
  • Reddit
  • RSS

Ogame: Prawie jak komiks [74]



"Afera podsłuchowa".
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~


– To jest... – Mruknęła Obrońca Ciastek, wlepiając wzrok w raport, który dopiero co dostała. – Niedorzeczne? Czy oni wszyscy po prostu olali fakt, że ich chciałam zniszczyć?!

Kobieta z furią zmięła kartkę w kulkę i cisnęła nią w nic niespodziewającego się generała Słodką Kostkę. Pocisk z niesamowitą siłą odbił się od głowy bronie, odrzucając mu ją lekko.
– Ał! – syknął niebieski, humanoidalny kucyk, rozcierając czoło. – To bol... A nie. Jednak nie bolało – dodał szybko jakby zaskoczony.

Ciastek wstała i z rykiem rzuciła w Kostkę krzesłem. To już bolało.
– Jak to jest możliwe! – krzyknęła, rozkładając ręce w bezsilności.

Ten dzień miał być całkiem inny. Obrońca Ciastek, Słodka Kostka, Kriss Sheepfield i wszyscy trzej Trzej Muszkieterowie zebrali się na tym tajnym spotkaniu, aby przedyskutować kolejne poczynania przygotowujące galaktykę przed atakiem Imperatora, a nie zastanawiać się, czemu ich genialny plan nie wypalił.
– Lisana, uspokój się – przemówił łagodnie Kriss.
– Jak mam się uspokoić! – Syknęła do agenta. – Wyobraźcie sobie, że jesteście władcami swojej planety...
– Ja formalnie jestem! – podniósł niepewnie rękę Kostka, gramoląc się spod krzesła, ale Ciastek spiorunowała go wzrokiem. – Jednak nie jestem – zapiszczał w strachu.
– … I atakuje was jeden, oczywisty wróg, szydząc z was i wręcz prowokując do ataku! – kontynuowała kobieta. – Co robicie?

Kriss i Kostka wiedzieli, że w tym momencie należy milczeć. Sticki i Alfa poczuli, że lepiej nic nie mówić. Ale nie Diki. Ten człowiek nie miał instynktu samozachowawczego.
– Diki by kontratakował – przemówił muszkieter pewnie.

Ciastek popatrzyła na niego wściekle. Podeszła do mężczyzny i syknęła na niego:
– Właśnie...

Odwróciła się i przemówiła do wszystkich, robiąc kilka kroków:
– Każdy normalny władca odpowiedziałby ogniem! Ale nie! Po co, skoro można zostać pasywnym, kiedy niszczy cię pięć milionów sond szpiegowskich na dziewięćdziesiątym dziewiątym poziomie! Oni mieli się zjednoczyć przeciwko mnie! A nie mnie olewać! A flota Timmiego?! Miała poprowadzić na mnie te chodzące błędy naturalnej genetyki, a nie po prostu odlecieć bez chwili zastanowienia po miesiącu podróży! Co to ma być do kur....

Głośny zgrzyt lądującego transportera na lądowisku nad nimi zagłuszył resztę jej słów. Dźwięk zniknął w tym samym momencie, co słowa dyszącej ze wściekłości Obrońcy. Nastała kompleta cisza, która zdawała się być głośniejsza, od oddechu kobiety. Zrobiło się trochę... Krępująco.
– Po prostu sobie odlecieli, jak gdyby nigdy nic. Nawet nie zapytali się kto zaatakował... – sapnęła bliska płaczu. – Tak się nie robi...
– Ona ma problemy emocjonalne, prawda? – szepnął Sticki do Alfy.

Ten spojrzał na niego i wzruszył ramionami. Nie jego cyrk, nie jego małpy.
– Lisana, nie wszystko stracone – skomentował szybko Kriss. – Dywersja to moja działka.

Trzej muszkieterowie pokiwali głową, na wspomnienie kilku akcji ich kolegi po fachu. Barczysty mężczyzna wyciągnął z kieszeni dyktafon i kawałek zapisanej kartki, który podał kobiecie. Nacisnął guzik na dyktafonie.
– Czy mogłabyś przeczytać treść tej kartki? Głośno i wyraźnie. Zrobimy sobie aferę podsłuchową...

Zachichotał cicho. Uwielbiał tę robotę.


< poprzedni                                                                                          następny >

  • Digg
  • Del.icio.us
  • StumbleUpon
  • Reddit
  • RSS

Ogame: Prawie jak komiks [73]



"Mision inposibur".
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Jack wpatrywał się w jeden z ekranów panelu kontrolnego ich krążownika. Monitor świecił jasno niebieskim światłem, pozwalając ludzkiemu oku dostrzec wśród ciemności ogólny przegląd szkieletu ich statku kosmicznego, którego jeden z elementów mrugał na czerwono. Był to napęd impulsowy. Diagnostyka wykazała, że Steve, wyginając framugę w przejściu pomiędzy kabiną pilotów, a główną halą, uszkodził regulator proporcjonalno całkująco różniczkujący, który utrzymywał odpowiedni przepływ energii do silników. Niestety uszkodzenia były zbyt poważne, aby komputer mógł sam ustawić nowe dane do regulatora, dlatego zlecenie policzenia nowego pakietu danych, zostało wysłane do uczniów z kierunku Automatyki i Robotyki. Trochę to trwało, ale ostatecznie któremuś studentowi udało się znaleźć dobrą konfigurację (podobno przez przypadek, bo bawił się pokrętłami) i teraz trwało wgrywanie nastaw do programu.

Kapitan uśmiechnął się nagle. Czerwone kontury silnika z powrotem zmieniły się na białe, co oznaczało, że napęd odzyskał sprawność. Rozpromieniony odwrócił się za siebie i powiedział do związanego Steviego:
– Ha! Wreszcie możemy lecieć!

Stevie jęknął coś, ale knebel skutecznie powstrzymywał go, przed sformułowaniem chociażby jednego słowa.
– No to jazda! – Zawołał kapitan entuzjastycznie i nacisnął przycisk.

Rozrusznik po paru obrotach zaskoczył i krążownik wyrwał się do przodu. Nie minęło nawet parę sekund i nagle komputer pokładowy powiedział:
– Cel osiągnięty.

Statek stanął.
– Udało się! Wreszcie! – Zawołał Jack.

Przełączył pojazd w tryb autopilota, coby ten wylądował na płycie lotniska obcej planety, podszedł do związanego kompana i go oswobodził. Zaczęli się cieszyć jak dzieci, tuląc się i skacząc z radości.
– Miesiąc! Miesiąc podróży! – Wołał Steve, kiedy nagle spoważniał, wyraźnie nad czymś myśląc. – Jaka była nasza misja?
– Zwalczyć zło, które trawi tę część świata? – odpowiedział Jack pytaniem.

Sam nie był pewien, ale miał przekonanie, że jak tylko ich flota wyląduje, to dostaną dokładniejsze wytyczne od lokalnych władz. Ale planeta nie wyglądała na zbyt zniszczoną. Piloci spodziewali się zobaczyć raczej post-apokaliptyczny obraz niźli tętniącą życiem metropolię. Ale Jack miał rację. Jak tylko armia osiadła na lądowisku, została wystosowana do nich delegacja, kilku ludzi ubranych w nieco ekscentryczne ubrania. Jack i Steve oczywiście nie mogli wyjść z pojazdu, dlatego delegacja musiała podejść do nich.
– Witajcie o przybysze z obcej planety! – Zawołali pierwsi. – W czym możemy pomóc?
– Przybyliśmy, aby pomóc wam zniszczyć zło, które niszczy tę część świata – odparł Jack równie wyniośle.
– A to nie potrzebnie – odparł gospodarz planety, już normalnym tonem. – To było wieki temu. Przylecieli, poniszczyli i polecieli.
– Aha – odparł kapitan. – To my się zbieramy.

Zamknęły się drzwi do śluzy ich statku i krążownik wystrzelił do góry. Na ten znak cała flota uniosła się za dowódcą.

Misja zakończyła się sukcesem.

< poprzedni                                                                                          następny >

  • Digg
  • Del.icio.us
  • StumbleUpon
  • Reddit
  • RSS

Ogame: Prawie jak komiks [72]



"Dzień Dziecka cz.2".
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

To było dawno, dawno temu, za górami, za lasami, za siedmioma poziomami kopalni metalu...
***
– Nie było jeszcze wtedy kopalni metalu – przerwał Ikswonaizdup Zsuiram beznamiętnie. – Erę podboju kosmosu zaczęliśmy jakieś dwa lata temu.
– Jestem królem i ustanawiam, że już wtedy były kopalnie metalu na siódmym poziomie! – zawołał zbulwersowany Timmy.
– Żebyśmy chociaż teraz mieli na siódmym – burknął generał i powrócił do zapisywania opowieści.
***
… za siedmioma poziomami kopalni, żył sobie pewien chłopiec. Chłopiec był... MEGAZORDEM, Z PIĘCIOMA MIECZAMI I WIELKIMI SPLUWAMI! O poranku zjadał pokonane kamienne olbrzymy, a po południu dla rozrywki obiegał świat ze trzy razy! Wyznawał zasadę: „Spluwy nie zabijają ludzi. To on zabija ludzi, spluwami!”. Siał postrach w całym wszechświecie...
***
Ikswonaizdup spojrzał na króla spode łba.
– Serio? – mruknął.
– No dobra, to chyba mało... Prawdopodobne – przyznał Timmy.
***
… A przynajmniej takim chciał być w przyszłości. Tak naprawdę dzieciak pochodził z biednej rodziny. Jego rodzice zostali zabici przez złego łysola bez nosa, ale kiedy sam miał zostać zastrzelony z miotacza wiązki, laser odbił się od jego pięknych włosków i zostawiając jedynie ślad nadgryzionego jabłka na czole, zabił łysola zrykoszetowanym pociskiem na śmierć!

Znak dał mu mega moce! Mógł latać na kiju, puszczać fajerbole z ręki, i...
***
– A smoki ujeżdżające czołgi? – przerwał mu Kolano.
– Proszę? – zapytał zdezorientowany Timmy, kiedy zorientował się nagle, że świat dookoła nie jest tak fajny. – Aaaa... Smoki ujeżdżające czołgi... Skrzydlate czołgi! To za chwilę.
***
I był mega super! Ale trafił do sierocińca, gdzie musiał nauczyć się kraść by przeżyć, a potem trafił na statek i poleciał na planetę, po której biegali niebiescy ludzie latający na pterodaktylach i z łuków strzelali do nowoczesnej armii. To właśnie dzięki chłopcu niebiescy wygrali, ale nie było czasu na świętowanie. Musiał zażegnać konflikt pomiędzy wysłannikami Jedynego Pierścienia, a złym lordem Vaderem, który ten pierścień chciał zdobyć. Chłopiec samodzielnie zniszczył gwiazdę śmierci i własnymi rękami anihilował Jedyny Pierścień na śmierć! Ale wtedy to teleportując się, dotarł na naszą planetę i pomógł autobotom pokonać wszystkich złych. Tak naprawdę przetrwał w tej walce tylko jeden autobot i teraz robi on dla chłopca jako rower. Razem przemierzają świat i pomagając batmanowi (*głos w tle: Już nawet nie kryje się z plagiatami...*), zwalczają mrok! Niestety, chłopiec zginął, kiedy poświęcił swoje życie, aby zatrzymać spadający księżyc na ziemię. Miał na to trzy dni i nie zdążył, gdyż ratował świat przed wielkimi tytanami, które przedarły się przez mur. Jego pamięć zawsze pozostanie wieczna...
***
– Timmy – zapytał spokojnie generał, stawiając kropkę po ostatnim zdaniu. – Co ty ćpasz?

Timmy nie mógł zdradzić.


< poprzedni                                                                                          następny >

  • Digg
  • Del.icio.us
  • StumbleUpon
  • Reddit
  • RSS