RSS
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Serie: Polityka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Serie: Polityka. Pokaż wszystkie posty

Kroniki VIII RP - CZĘŚĆ II: "TAJEMNICZA POCZTA"

Nad VIII RP wschodziło słońce, wszyscy mieszkańcy gospodarstwa budzili się powoli do nowego dnia. Oczywiście oprócz głowy narodu Reppela, który by odpowiednio sprawować władze musiał się wyspać. W łóżku pozostawali także Ksut i Gandalfus. Czarodziej postanowił odwiedzić prezydenta i powspominać stare dobre czasy. Przez co powstał mały melanżyk i strasznie długo imprezowali, o dwudziestej-drugiej dopiero poszli myć zęby. Po wypiciu jednego piwa na trzech byli cali urobieni. Gandalfus opowiadał jak to poznał ostatnio na portalu randkowym sławnego i pięknego hobbita, który w kinie występuje.

Około godziny dziewiątej ludzie pracujący przed gospodarstwem usłyszeli trzask drzwi i tupot stóp dochodzący ze środka budynku. Odgłos ten po chwili zastąpił dźwięk pękającego szkła i wielki huk.
- Kto tu postawił lustro!? – krzyknął prezydent ze środka. – I teraz siedem lat nieszczęścia przez ciebie! Ty głupia szklano taflo!

Jak już zwyzywał lustro ludzie znowu zaczęli słyszeć odgłos biegu. Nagle prezydent wypadł z domu razem z drzwiami. Runął na ziemię i przejechał dobry kilometr na tym co z nich pozostało. Piżama w planety mieniła się w słońcu oślepiając blaskiem chwały.
- Dziś środa! – krzyczał Reppel, zdążył już zejść z drzwi i leciał dalej na złamanie karku. – Listonosz! Paczki od mamy!

Na te krzyki wychyliła się z okna pokraczna postać. Chwile wahała się na parapecie po czym z przekonaniem runęła w świeże błoto. Ksut spoczął na dłużej w bajorku. Strasznie męczył go kac po wczorajszej nocnej popijawie.

Prezydent dorwał bramę zanim pracownik poczty zdążył zadzwonić dzwonkiem. Spojrzał przerażony na biegnącego z prędkością błyskawicy w jego stronę człowieka. Wszyscy na poczcie wiedzieli, że podanie osobiste paczki prezydentowi grozi zadeptaniem lub pobiciem z radości. Dlatego młody listonosz postawił pakunek na ziemi, wskoczył na swój rower i odjechał jak najszybciej.
Reppel dopadł pudełko i rozpakował na środku ulicy. W środku znajdowała się jakaś dziwna ruda lalka.
- Hura dostałem lalkę! – krzyknął prezydent, a po chwili dodał pod nosem. – Ale na co mi lalka?

Dalsze wywodu przerwał mu dźwięk spadającej szyby razem ze sprawcą tego nieszczęścia. Gandalfus z obdartą szatą wstał z ziemi, chwycił długą brodę i zaczął biec do prezydenta. Strój czarodzieja ograniczał mu ruchy, więc wymachiwał przy tym nogami na boki.
- Jaka to dmuchana lala? – zapytał zdyszany, gdy już dotarł na miejsce. – Jaki model? Ile wejść? Jest jakiś symulator? Wersja hobbit może?

Prezydent nic nie zrozumiał z tego co ten człowiek mówił, chociaż te słowa znajdowały się w encyklopedii VIII RP, którą sam podpisał. Czarodziej jednak zauważył, że nie jest to o czym marzył i nie oczekiwał odpowiedzi. Reppel wrzucił lalkę z powrotem do pudła i razem z Gandalfusem poszli na śniadanie.

Cudem udało im się wciągnąć premiera VIII RP na krzesło przy stole, nadal był umorusany błotem. Reppel i czarodziej również zajęli swoje miejsca. Specjalnie na kaca w porze śniadaniowej dostali rosół z ziemniakami. Zapach był niebiański, każdy otrzymał wielką michę wywaru. Wszyscy śmiało złapali za łyżki i zaczęli konsumować strawę. Jedynie Ksut miał problemu z utrzymaniem sztućca, chwilę się z nią mocował by trafić do talerza, ostatecznie łyżka zwyciężyła i premier walnął głową prosto w talerz. Wywar rozchlapał się na wszystkie strony. Temperatura zupy obudziła go momentalnie. Wybiegł z pokoju wrzeszcząc i prosząc o lód. Reppel i Gandalfus nawet nie zauważyli, że coś się stało, tak byli zajęci jedzeniem.

Ponownie spotkali się przy stole około godziny jedenastej. Wszyscy byli już po porannej kąpieli i zapomnieli o trudach dzisiejszego poranka. Nawet Ksut dzielnie znosił to wszystko. Prezydent rozłożył paczkę od listonosza na stole.
- Moi drodzy, co to jest? I skąd to jest? – zapytał trzymając ręce splecione za plecami, nadawało mu to bardzo dostojnego wyglądu.
- Wiemy, że to nie jest dmuchana lalka wersja hobbit – rzucił Gandalfus swoją trafną obiekcję.
- Wiadomo, że nie przysłała tego pańska mama – Ksut nie chciał być gorszy i pochwalił się swoją umiejętnością dedukcji. – Nie ma danych nadawcy.
- Trafne uwagi moi przyjaciele – rzekł prezydent pochylając się nad rudą lalką. – Niewątpliwie jest to stara lalka, płeć męska. Waga i wzrost bliżej nieokreślone, ale mieszczą się w normach zabawek dla dzieci, które podpisałem.
- Taak, jest dość duża jak na lalkę – powiedział Gandalfus, mierząc wzrokiem około pięćdziesięciocentymetrową zabawkę.

Premier zamyślił się, nagle w jego głowie ruszył pewien trybik. Szybko wskoczył pod stół, i trząsł się jak świąteczna galaretka.
- Panie premierze proszę wyjść z pod stołu – krzyknął Prezydent. – Ile razy mówiłem, żeby nie wyjadać okruchów.

Ksut posłusznie wygramolił swe zacne ciało i usiadł na stół, ani na chwilę nie przestając się trząść. W tej chwili do pokoju wszedł służący niosąc patelnię z jajecznicą na boczku. Rozniósł się przyjemny zapach. Zrobili przerwę w rozmyślaniach i zaczęli jeść.
- No więc opowiedz Ksucie spokojnie o co chodzi – zaproponował Gandalfus z pełnymi ustami i podciągnął dziurawy magiczny płaszcz.
- Ttto jest… Tennn… Noo, co wtedy był… Jak ja byłem – wyjaśnił Ksut, nie zostawiając cienia wątpliwości o co mu chodziło.
- Aha – powiedział prezydent VIII RP. Wstał od stołu przerywając pyszny posiłek, ale cóż był głową narodu, obowiązki wzywały. Podszedł do premiera i rąbną go otwartą dłonią w twarz. Plask rozniół się po całym gospodarstwie.
- Oglaądaliśmyfilmzbabciąibyłatamlalkaktórazabijajakniktniepatrzy – powiedział z prędkością łącza LTE.

Gandalfus zamknął oczy i położył rękę na rudej zabawce. Jego dłoń zaczęła błyszczeć kolorami tęczy i po chwili przeszła w ciemne barwy. Czarodziej wciągnął powietrze i zemdlał. Prezydent zawołał sługi i kazał zanieść go do łózka.
- Pewnie go kac męczy – stwierdził Reppel.
- A jeśli to ta lalka? – zapytał Ksut.- Swoją mroczną mocą pokonała naszego najlepszego czarodzieja, wielkiego Gandalfusa?
- Niee, na pewno – zaoponował prezydent i dodał po chwili. – Przecież wiesz, że takie rzeczy dzieją się tylko w filmach.
- I tu się kurwa mylisz – odezwał się przepity głos za plecami Reppela. Odwrócił się i postanowił opieprzyć niegrzeczną lalkę, która sprzeciwia się jego opinii.
- Jak śmiesz obrażać moje przekonania! Przypominam, że ja tu jestem prezydentem, a nie jakaś tania ruda lalka.

Dziecięca zabawka straszliwie się obraziła i kopnęła Ksut w krocze. Premier zwalił się na ziemie kwicząc i sapiąc z bólu. Reppel nie mógł już znieść takiej zniewagi i palnął patelnią pieprzoną lalkę. Głowa wypadła przez otwarte okno podwórka i wpadła do gnoju. Wziął Ksuta na ręce i zaniósł do swojego gabinetu. Po czym zawołał służbę i kazał go położyć z Gandalfusem. Niech wiedzą, że prezydent VIII RP jest przebiegły i nie podręcznikowy.

Nad gospodarstwem zapadła noc. Wszystkie zwierzęta już dawno zostały wprowadzone do swych koi, a mieszkańcy i pracownicy poszli spać. W odpadach zaczęło się coś ruszać, małe ciało bez głowy grzebało w gnoju. Po chwili coś wyciągnęło i wcisnęło na szyje.
- Ale kurwa śmierdzi… - skomentowała upaprana postać.

Po tych słowach lalka ruszyła w stronę rzeki znajdującej się niedaleko gospodarstwa. Księżyc swym blaskiem oświetlał taflę wody. Nagle zabawka zauważyła człowieka moczącego stopy. Był to nie kto inny jak najgorszy z buntowników: Palipies.
- Hehe – powiedziała postać. – Zaraz sobie popływa.

Mężczyzna z wąsem poczuł jak ktoś go popycha, po chwili znalazł się pod wodą. Słyszał tylko okrutny śmiech z góry, przypomniał sobie, że nie umie pływać. Na szczęście szybko uruchomił aplikację na nowym smartphonie: „Nauka pływania dla opornych”. To uratowało mu życie.
- HAHA! Ale jestem zły – śmiała się upiornie lalka. – Jedna piękna śmierć tej nocy. Czeka mnie jeszcze wiele roboty.

Zabawka wypłukała się w wodzie i czyściutka zmierzała do rezydencji prezydenta. Bez problemu dostała się tą samą bramą, którą weszła. Lalka wślizgnęła się przez otwarte okno do jadalni, gdzie dostała cios patelnią.
- Jeszcze mnie popamiętają – zaklinała się zabawka.

Rudzielec wszedł do gabinetu prezydenckiego, to co tam zastał całkowicie go zszokowało. Reppel, Ksut i Gandalfus leżeli koło siebie i śpiewali jakąś sprośną piosenkę o pani Malinowskiej. Na środku pokoju leżała pusta puszka piwa.
- I jeszcze jedna puszka i jeszcze jedna puszka! – krzyczał Ksut, który był w totalnym pijackim amoku. I jutro nie wstanę z łóżka.

Lalka wreszcie otrząsnęła się, w całej swojej karierze nie widziała takich cudów. Chwyciła scyzoryk, który leżał na stole prezydenta.
- Zabije was! – zawołała.
- Hahaha – wybuchła śmiechem cała trójka.
- Ty patrz zacny Gandalfusie – kpił sobie prezydent. – Ruda lalka chce nas zabić.
- Haha – śmiał się czarodziej. – A jeszcze przed chwilą szukała głowy w gnoju.
- Hahahaha – Ksut zanosił się śmiechem, który brzmiał jak pianie koguta o poranku.
- Jak śmiecie! – krzyknął rudzielec i rzucił się do ataku.

Na szczęście pułapka Reppela zadziała i zapadnia się otwarła. Lalka poleciała prosto do świńskiej obory i chlupnęła w bajorko. Przez co obudziła biedne prosiaczki.
- No to idziemy tam – stwierdził prezydent.

Cała trójka wreszcie dotaszczyła się do koi, w której powinna być lalka. Jakaś świnia bawiła się z nią, gospodarz szybką ją przegonił.
- Wiemy kim jesteś – powiedział prezydent. – Gandalfus odczytał twoją aurę. Jesteś złą lalką łuuduu i chcesz przejąć władze w VIII RP.

Czarodziej na potwierdzenie tych słów machał głową w górę i w dół. Zabawka próbowała się wykręcić:
- Wcale nie, jestem mordercą, który wszedł w ciało lalki. Chce tylko zabijać, po co mi władza?

Lecz trójka mężczyzn nie miała zamiaru słuchać jego podłych kłamstw. Chwycili rudzielca i przywiązali do jednej ze świń. Gandalfus zaczął wymawiać dziwnie brzmiące słowa, po chwili dusza świni zmieniła się z dusza lalki. Po rozwiązaniu rudzielec ze zdziwieniem pomaszerował pochwalić się nowym ciałem swoim przyjaciołom.
- No i kurwa ładnie – skomentowała lalka w ciele świni.

Reppel, Ksut i Gandalfus przybili sobie piątki i poszli spać. Nie wiedzieli, że zły prosiak zamierza zrobić rewolucją i założyć w chlewie mafię.



< poprzedni                                                                                         następny >

  • Digg
  • Del.icio.us
  • StumbleUpon
  • Reddit
  • RSS

NOWA RP - CZĘŚĆ VII: „KOŃ, POLICJANT I STARA MIEDNICA”

Komendant Marcin Hulajnoga miał bardzo ciekawy sen. Śniło mu się, że potężna eksplozja Whisky wyrzuciła go tak wysoko w kosmos, że przeleciał przez różową tęczę i wpadł do swego rodzaju portalu. Radosny i w błogim dla duszy spokoju, zsuwał się po gwieździstej fontannie kolorów, garściami chwytając dziwny pył i rozrzucając go dookoła swego ciała. Paradował w stroju Adama, ale mu to nie przeszkadzało. Różowe jednorożce ze śmiechem pozdrawiały go swoimi szklanymi kopytkami, a nadzy Turkowie, przyrodzenie których zasłaniały soczyste kebaby, uśmiechali się do niego ze szczerą radością.
- Komendancie, może czas się już obudzić? – zapytał koń Andrzej, szturchając go w ramię.
- Koń Andrzej!? – zawołał zaskoczony, lecz serce ogarnęła mu radość. – Też tu jesteś.
- Panie komendancie, ziemia – wskazał pomagier palcem w dół.
- Co? – zdezorientowany Marcin spojrzał pod siebie.

I wtedy asfalt walnął go w twarz.

***

Komendant policji IX RP obudził się przerażony, zrywając się do pozycji siedzącej. Niestety w trakcie wykonywania manewru powstawania, wyuczonego zresztą w elitarnej akademii policyjnej, jego głowa natrafiła na przeszkodę, jaką była głowa konia Andrzeja. Po brutalnym zetknięciu czoło-czoło, oboje zaczęli się zwijać i turlać, próbując jakkolwiek uśmierzyć ból.
- Ty bambaryło jedna! Czego mnie bijesz! – jęknął komendant.
- To nie tak miało być! – zapłakał wierzchowiec, nieruchomiejąc na moment. – Pan komendant miał się rozchylić powieki, ja miałem krzyknąć: „ŻYJESZ!”. I mieliśmy założyć rodzinę, mieć małe centaury!
- Policję IX RP nie stać na małe centaury, ziemniaku pozbawiony skrobi!

Oboje zwijali się jeszcze chwilę w agonii, kiedy nagle ich dramat przerwała im dziwna postać, mająca zieloną skórę, wielką głowę i czapeczkę z daszkiem, otoczoną żółto czarną kratownicą.
- Przepraszam panów, ale panowie nie mają ważnej karty parkingowej.

Policjanci znieruchomieli.
- Proszę? – zapytał zaskoczony komendant.

Dopiero wtedy rozglądnął się po okolicy. Znajdywali się na przydrożnym parkingu, gdzieś w środku miasta. Było w tym miejscu jednak coś nietypowego. Niezwykły zmysł detektywistyczny Marcina Kolano od razu zaczął pracować ze stuprocentową efektywnością. Budynki i bloki o futurystycznych kształtach, fruwające nad nimi samochody bez kół i poświaty pozbawione źródła światła, oświetlające kompletnie niedziurawe drogi i uliczki. Coś mu wyraźnie nie pasowało. Wyczuwał podstęp. Nagle go olśniło! Kosmita, który do nich zagadał, był ze straży miejskiej! Hulajnoga poderwał się na równe nogi i wskazał obcego palcem:
- AHA! Jesteś oszustem! Świętej pamięci, nasz pan i władca na zawsze, Reppel rozwiązał straż miejską, bo wlepiała mu ciągle mandaty za złe parkowanie kombajnu!

Andrzej koń patrzył na swego pana niczym na samego boga. On był taki bardzo mądry!
- Eeee... Ale... – zająknął kosmita.
- Nie ma żadnego ale! – przerwał mu komendant. - Aresztuje cię w imieniu prawa!

Komendant sięgnął za pas, chcąc dobyć swój pistolet na czarny proch, ale nie wyczuł broni. Prawdę mówiąc nie wyczuł nawet spodni. Spojrzał przerażony na siebie i odkrył, że jego ciuch podczas eksplozji kompletnie spłonęły. Zasłonił krocze rękami i uśmiechnął się głupio do obcego. Ten spojrzał na niego krzywo i sprawnym ruchem dobył lasera, strzelając od razu w policjanta promieniem paraliżującym. Marcin Hulajnoga wykrzywił się cały, choć jego twarz wyrażała rozkosz, i padł sztywno na ziemię.
- Mam tutaj dwa dziwne osobniki – mruknął strażnik miejski do krótkofalówki – Brak ważnej karty parkingowej i ciężki przypadek ekshibicjonizmu.

Koń Andrzej patrzył na scenę z trwogą i przerażeniem. Nagle ogarnęła go wściekłość.
- On nie żyje! Znowu. Zabiłeś pana komendanta! Muszę go pomścić!– ryknął wściekły na strażnika i zaszarżował z kopyta.

Strażnik nawet nie zerknął na pomagiera. Wyciągnął tylko swoją mackę z pistoletem laserowym i wypalił mu prosto w twarz. Andrzej wykrzywił się w błogim uśmiechu i padł sztywno na wznak.
- Tak, tak. Potrzebna będzie wiaderko – mruknął kosmita do radia i zaczął spisywać protokół.

Ale dzielni policjanci nie mogli już tego słyszeć. Promień paraliżujący był bardzo skuteczną bronią.

***

Komendant Marcin Hulajnoga otworzył niemrawo oczy. Głowa pulsowała mu niemiłosiernie, a każdy mięsień kuł przenikliwym bólem. Silne światło, wiszące metr nad nim, uniemożliwiało mu rozpoznanie gdzie jest. Rozpoznawał jednak czarne postacie o wielkich głowach, wpatrujące się na niego nieruchomo. Widok ten przeraził go. Momentalnie skojarzył podobne widoki z popularnego serialu, emitowanego jeszcze za czasów VI RP, „Z archiwum A”. Nie mógł czekać, aż obcy pokroją go. Musiał działać!

Policjant zerwał się nagle, łapiąc dwie głowy nad sobą. Wstając uderzył nimi o siebie i pozwolił przeciwnikom osunąć się na ziemię. Kilku innych odskoczyło od niego. Komendant dopiero wtedy zobaczył, że znajdywał się w jakiejś białej sali a zielonkawi obcy nosili alabastrowe fartuchy. Jeden nich wybiegł z pomieszczenia w przerażeniu. Pozostała tylko dwójka. Hulajnoga spojrzał na oprawców z byka.
- Chcieliście mnie pokroić i sprzedać nerki na międzygalaktycznym targu! W imieniu prawa aresztuję was! – krzyknął i sięgnął po odznakę.

Okazało się jednak, że dowód jego przynależności do policji gdzieś zniknął. Dopiero wtedy przypomniał sobie, że przecież jego ciuchy spalił wybuch. Człowiek uśmiechnął się i dodał zakłopotany.
- Panowie muszą uwierzyć, na słowo? Dobrze?

Nagle do pomieszczenia wpadł rosły kosmita, z pistoletem laserowym w ręce. Ciało komendanta zadziałało samo. Sięgnął on po najbliższy przedmiot i rzucił nim w uzbrojonego wroga. Nerka poszybowała przez pokój i ugodziła przeciwnika w oko... Moment... Komendant zorientował się czym rzucił. Nerka? Przerażony spojrzał na swój brzuch. Praktycznie w każdym miejscu widniała jakaś blizna! Na sercu, na płucach, wątrobie, nerkach... Wszędzie. W panice złapał się na przyrodzenie. To jednak ciągle było. Maleńki nadal siedział w swojej norce.

Wzrok Marcina Hulajnogi znów padł na obcych, którzy patrzyli się to na niego, to na pistolet, który leżał obok zwijającego się z bólu kosmity. Policjant od razu wiedział co się święci. Bez namysłu skoczył po broń i podniósł ją w trakcie wykonywania efektownego przewrotu. Co prawda ułożenie do manewru zajęło mu ze dwie minuty, a sam akrobatyczny wyczyn przypominał bardziej prostokąt, udający koło, ale w samą broń jakimś cudem złapał. Widząc, że komendant w końcu stanął na nogi, kosmici w fartuchach wypuścili karty i znów zaczęli się trząść w przerażeniu.
- Panowie, kraj wzywa – skinął komendant niewidzialnym kapeluszem i wybiegł z sali operacyjnej.

Pierwsze co mu się rzuciło w oczy, to wielki napis na kremowej ścianie korytarza głoszący: „Szpital państwowy – oddział naprawy organów oraz wszczepiania kompletnie zdrowych i odnowionych narządów”. Niesamowity zmysł dedukcyjny komendanta od razu nasunął mu prosty wniosek. Kosmici opanowali VIII RP! Bez Reppela, jego kraj nie miał co liczyć na przetrwanie. Wiedział, że jedynym wyjściem będzie znalezienie zabójcy i wypytanie jak odwrócić proces morderstwa prezydent!

Marcin zagwizdał w palce. Odczekał chwilę, wpatrując się w niewidzialny zegarek na ręce, kiedy nagle jedne ze drzwi wyleciały z hukiem, razem z nagim koniem Andrzejem. Dzielny wierzchowiec zarżał ostrzegawczo i podbiegł szybko do swego pana.
- Dwadzieścia cztery sekundy. To dwie i pół sekundy za długo jak na standardy policji VIII RP, bambaryło jedna. Jeden taki wybryk więcej i zmniejszę ci porcję owsa!
- Ale panie komendancie! – zajęczał zrozpaczony pomagier. – Pan nie karmił mnie od samego trzech miesięcy!
- Nie narzekaj! Jesteś policjantem VIII RP. W tym zawodzie nie ma czasu na jedzenie!

Komendant wskoczył na plecy konia Andrzeja, a ten złapał go rękami za nagie uda.
- A teraz w drogę! Ku przygodzie! – zawołał, wymachując pistoletem laserowym, a koń ruszył galopem ku szklanym drzwiom, za którymi rozciągał się świat.

W mgnieniu oka przebyli korytarz, odtrącając zaskoczonych obcych i z holywoodzkimi efektami (wybuchy, eksplozje i trzęsąca się kamera) przebili się przez szklane drzwi, roztrzaskując je na kawałeczki. Dopiero wtedy policjanci ujrzeli, że to było wyjście na balkon. Koń nie zdążył wyhamować i oboje przelecieli przez barierkę.

***

- Danek! – zawołał obcy ubrany w garnitur, przecierając szmatką ogromny, porcelanowy spodek. – Mówiłem ci, że otworzenie salonu ze spodkami zaraz obok szpitala to genialny pomysł!

Danek otwarł drzwi i wyszedł na zewnątrz, żeby popodziwiać ich piękną kolekcję najnowszych spodków, miednic i wiaderek. Właśnie świeżo się zbudowali, zainwestowali wszystkie ojro w ten biznes.
- Taki klient wychodzi z rakiem, krabem lub innym ciulostwem z myślą, że zostało mu dwa lata życia – kontynuował entuzjastycznie sprzedawca w garniturze – i myśli se: „A co tam! I tak mnie za niedługo nie będzie!” I kupuje najszybsze spodki, żeby poszaleć!

Danek zaśmiał się radośnie i podszedł do sporej miednicy, dotykając ją z czułością.
- A tą piękną maszynę sprzedałem dziś jakiemuś bardzo marudnemu kosmicie. Kiedy jednak podpisał papiery, tak szczery uśmiech pojawił się na jego twarzy, że aż ciepło mi się zrobiło na sercu. Tak się ucieszył, taka radość zawitała w jego sercu, że aż chce się żyć. Właśnie jadę do niego z tym pojazdem, żeby mu go podarować. W końcu zamówił towar z dostawą pod same drzwi... A co to?

Oboje nagle usłyszeli krzyki. Kosmici niepewnie spojrzeli do góry i ujrzeli dwie pokraczne kreatury, spadające ze wrzaskiem. Tak zwani ludzie złapali się w uścisku i wpadli właśnie do tej miednicy, która została sprzeda marudnemu kosmicie. Wnętrze na szczęście wyłożone było różowymi poduszkami, więc nieszczęśnikom nic się nie stało. Jeden z nich wychylił się po chwili na zewnątrz i przemówił pewnym głosem.
- W imieniu prawa, rekwiruję pojazd... Ups... nie mam odznaki. Panowie na słowo uwierzą.

W salonie spodki kupowało wielu obcoplanetowców, więc sprzedawcy mieli przy sobie syntezatory. Ale tym razem oboje woleliby chyba nie rozumieć. Miednica uniosła się nagle i poszybowała przed siebie.
- Może chociaż odzyskamy ją niezarysowaną? – zapytał obcy w garniturze.

Uciekająca miednica uderzyła nagle w pobliski budynek, urywając prawię połowę pojazdu. Poszybowała jednak dalej.


< poprzedni                                                                                         następny >

  • Digg
  • Del.icio.us
  • StumbleUpon
  • Reddit
  • RSS

NOWA RP - CZĘŚĆ VI: „PRZEBUDZENIE” - by Cesc22

- Czyli mam wziąć udział w między galaktycznych zawodach? – zapytał po raz setny prezydent VIII RP, gdyż wciąż dręczyły go wątpliwości. Trzeba być dla niego wyrozumiałym, miał trudny okres. W końcu znalazł się na obcej planecie.
- Tak – odpowiedział mu zielony stwór Beniu, dłubiąc w ostrych jak brzytwy zębach.
- Jak wygram to co dostane? – poruszył ważną kwestie Reppel.

Tu uruchomiła się wyobraźnia prezydenta. Stał w stu hektarowym polu obok najnowszych kombajnów, traktorów i Bóg wie jeszcze czego.
- Będziesz mógł wrócić żywy na swoją planetę oraz władca całego wszechświata spełni jedno twe życzenie – mówił wiecznie zdenerwowany kosmita. – To są igrzyska życia, inaczej nazywane igrzyska głodomorów. Wreszcie zrozumiałeś? I nie spytasz się za dziesięć minut jeszcze raz?
- Myślałem, ze księżniczkę i połowę królestwa – powiedział smutnym głosem.
- Że co? – nie mógł dociec Beniu o co chodzi tajemniczemu ludziowi. „Czemu władca wybrał akurat jego, aby reprezentować naszą galaktykę?” – pomyślał. A myślenie spowodowało u niego jeszcze większe zdenerwowanie.

Reppel wstał z wygodnego łóżka i ruszył w stronę okna. Nawet mu się tu podobało. Planeta XYZ była miejscem nastawionym na turystykę. Mało mieszkało tu tubylców, większość ludzi to przyjezdni i wczasowicze. Teraz na XYZ było bardzo tłoczno z powodu zbliżających zawodów: X Igrzysk Życia. Były organizowane przez Wielkiego Władce Galaktyk.

Prezydent został opatrzony przez miejscowego lekarza Denia, po tym jak doznał ciężkiego szoku na widok strasznych kosmitów. Po tygodniu rekonwalescencji czuł się jak w domu, dostawał tyle jedzenia ile jego bebech był w stanie pomieścić. Oczywiście nie były to pyszne obiadki jego kochanej mamusi. Oprócz wyżywienia otrzymał nowe modne ciuchy i do tego srebrzystą pelerynę z napisem „Ziemia” i herbem VIII RP, nie wiedział, że jest to symbol całej jego galaktyki. Tutejsi mieszkańcy wyglądali i pachnieli okropnie, ale odnosili się do niego z pełnym szacunkiem. Wiedzieli, że jest jednym z uczestników igrzysk i jest z dziwnej planety Ziemia. Mało kto widział na XYZ tajemniczy lud ludziów. Przez tydzień wiele się dowiedział o kosmitach, lecz tęsknił za swoim prezydenckim gospodarstwem, nawet za buntownikami i jego odwiecznym wrogiem Palipsem. Mimo wszystko postanowił wziąć udział w morderczych zawodach, w końcu był prezydentem, jego naród liczył na niego. Chciał, aby blask chwały spłynął na VIII RP. Nie miał pojęcia, ze obywatele uważają go za zmarłego i nowym władcą został Palipies.
- Mogę pójść pozwiedzać miasto? – zapytał Reppel z maślanymi oczami kosmitów.
- Znowu ci się zachciało łazić – marudził Beniu. – Nie możesz na tyłku usiedzieć. Tylko łazi i łazi, jak wolne elektrony.
- Chlip – wydobyło się z gardła prezydenta. Po policzkach zaczęły płynąć łzy wielkości arbuzów.
- Och dobrze – powiedział zezłoszczony Beniu. – Ceniu idziesz go pilnować.
- Tak jest Beniu – powiedział gruby kosmita zostawiając miskę owsianki.

Prezydent ruszył razem z Ceniem w stronę drzwi wejściowych. Cieszył się, że jego taktyka udawanego płaczu się udała. Marudzący kosmita został sam w apartamencie zawodnika z Ziemi. Cały czas denerwował się z powodu popsutej maszyny latającej. Na szczęście znalazł super promocje na latającą miednice kombi. Była ona w stanie pomieścić całą rodzinę. I miała najnowocześniejsze funkcje. Pod chwilą impulsu Benio zmówił pojazd i pierwszy raz od dawna na jego ustach pojawił się uśmiech. To wydarzenie tak wstrząsnęło galaktyką, że w tym dniu ustanowiono międzygalaktyczne święto uśmiechu.
***

Szli przez dzielnicę handlową, której Reppel jeszcze nie widział. Wszystkie napisy w sklepach i na reklamach były w języku polskim.
- Tak myślałem - nadął się z dumy prezydent, tak że zmiotło wszystkich ludzi (czy raczej kosmitów) wokoło. – Język RP jest językiem między galaktycznym.
- Niee – zaprzeczył z pełną buzią Ceniu, który nie wiadomo skąd miał w buzi czekoladę. – Skanery satelitarne ukazują odpowiednio przetłumaczone napisy specjalnie dla patrzącego. Czyli ja widzę to w swoim języku, a ty w swoim. Tak samo działają nasze syntezatory mowy.
- Aha – powiedział z inżynierską nutką w głosie prezydent RP.

Nie dał do zrozumienia, że jego mózg wyłapał tylko słowo: „Niee”, reszta była jakimś naukowym bełkotem, na który jego narząd znajdujący się w czaszce blokował. Po co przyjmować takie nie potrzebne informacje. Lepiej, żeby główny organ człowieka zajmował się bardziej ważnymi rzeczami. Jak na przykład to wyłapanie napisu „Klub Nocny – Nowym wstęp za darmo”. Prezydent postanowił w celach badawczych i wywiadowczych sprawdzić co to za miejsce.
- Przydałoby się coś takiego u nas w RP – powiedział do siebie. – Oczywiście w celach kulturalno-towarzyskich.
Po długiej rozmowie prezydent namówił grubego kosmitę by weszli do środka. Ceniu ledwo zmieścił w drzwi wejściowe, lecz przecisnął się. Weszli dumnym krokiem na sale, stanęli i zaczęli się rozglądać jak prawdziwi dżentelmeni. Ceniu po chwili wywalił swoje jedno oko na wierzch, a jego język rozwinął się na ziemi niczym czerwony dywan. Przy pionowych, poziomych i kośnych rurach tańczyły przeróżne kosmitki. Niektóre kosmate i zielone, inne stunożne, znalazły się równiej pajęczo-podobne kobiety ubrane w potrójne bikini. Ten widok pozbawił zmysłów prezydenta, czuł jak oczy go strasznie pieką.
- Aaaaa – krzyknął, lecz Ceniu go nie słyszał.
- Przepraszam bardzo – powiedział stary kosmita, na którego grawitacja działa odwrotnie i broda rosła mu do góry. Miał w niej wycięte dziury na oczy, nos i… ust nie miał. W czasie mowy poruszały mu się dziurki w ogromnym nosie – Panie, panu koledze płoną oczy to normalne?

Ceniu dopiero obudził się z marzeń sennych dopiero jak jakaś kosmitka z czterema nogami w obcasach przeszła mu po wywalonym jęzorze języku.
- Aaaa – krzyknął i spojrzał na biednego Reppela, któremu rzeczywiście wypaliło oczy.
- O kurde! – krzyknął gruby kosmita – Beniu mnie zabije. Szybko do lekarza musimy biec. Wzywać pogotowie kosmiczne. Potrzebne wsparcie.

Na szczęście dzielny Reppel już nie wrzeszczał bo zemdlał. Ceniu szybko wezwał karetkę i zawieźli go do doktora Denia. Po drodze kosmita słyszał jak w radiu mówią o brawurowej akcji straży miejskiej na parkingu, gdzie złapali podejrzanych zboczeńców.
***

- Znowu on!? – zdziwił się doktor Deniu.

Na obecnym poziomie cywilizacyjnym kosmici bardzo rzadko bywali u lekarzy. Wszystko dało się wyleczyć domowymi lekami. Więc pacjenci pojawiali się bardzo rzadko. Zwykle były to spotkania bardziej towarzyskie niż lecznicze.
- No nie wiem co mu się stało – seplenił Ceniu.
- A tobie ktoś na język nadepnął, że tak mówisz? – zażartował doktor.

Na te słowa gruby kosmita poszedł w kąt i zaszlochał cichutko. Lekarz zlitował się w końcu nad nim i podał mu sprej natychmiastowego znieczulenia. Ceniu jednak był w tak głębokiej obrazie, że postanowił nie skorzystać z podarunku.
- Ech, co to za cuda się dzieją przed tymi igrzyskami – powiedział Deniu. – Wariacje z powtórzeniami normalnie. Dobra już się zajmuje tobą drogi ludziu.

Lekarz pochylił się nad swoim pacjentem i spojrzał swym jednym okiem na jego stan. Reppel nadal był w stanie ogólnego ogłuszenia i nie odzyskał przytomności. Leżał z wywieszonym jęzorem na wierzchu, oczy miał całkowicie wypalone.
- Spokojnie to rutynowy zabieg, tylko oczy muszą pasować pod względem DNA do twojej rodzimej planety. Hmm… Poszukamy… O jest.

Znalazł pojemnik z napisem „Ziemia – Próbki oczu…”. Doktor nie tracił czasu na doczytanie co pisało na pudełku. Wziął ze środku parę oczu i w trwającym dziesięć minut zabiegu wszczepił je prezydentowi.
- Ceniu mógłbyś podać zestaw do wybudzania pacjentów.
- Oczywiście – odpowiedział kosmita, który już się uspokoił.

Po chwili wszedł do gabinetu z wiadrem wody. Wylał je wprost na prezydenta.
- Aaaaa – cała planeta usłyszała krzyk. – Jak piecze oczy mi płoną… A nie, już nie.

Zadowolony wstał i popatrzył wokoło, świat wyglądał zupełnie inaczej. Większość rzeczy była mniej ostra, ale dostrzegał wiele więcej. Jego instynkt dziwnie się pobudził, czuł w sobie dzikość.
- Yyyy… Doktorze bo on nie miał takich oczu – zwrócił uwagę Ceniu.
- Pokaż – powiedział doktor i spojrzał na pacjenta. – Jasna kosmitka w ciasnej dziurze. Wszczepiłem mu kocie oczy przez przypadek.

Prezydent jak to usłyszał zemdlał.

***

Lekarz szybko naprawił swój błąd. Oczy prezydenta były już na swoim miejscu, odtworzył je z jego DNA. Było to trudniejsze i zabierało więcej czasu, Deniu zmarnował całe dwadzieścia minut. Po zabiegu prezydent został odniesiony do pokoju. Obecnie Reppel leżał na łożu w swojej kwaterze na planecie XYZ. Czuł się wspaniale wiedząc, że znowu widzi normalnie. Właśnie wymyślał jak dzisiaj będzie odpoczywał i w jakiej pozycji spoczywał na wielkim łóżku, gdy rozmyślania przerwał mu Beniu.
- Te ludziu, dzisiaj masz spotkanie z Wielkim Panem Galaktyk. Ubierz się ładnie, poznasz tam innych zawodników.
Reppel początkowo bardzo niechętnie schodził z łóżka, w końcu pomógł mu w tym paralizator kosmity. Po jednej porcji ładunku prezydent w pięć sekund ubrał się, umył zęby (szorując przez trzydzieści minut, jak go mam uczyła) i zasznurował buty.

W czasie spaceru Reppel podziwiał zamek Pana Galaktyk. Gdy jego oczy ujrzały to piękno, wiedział już, że musi sobie zrobić taki sam w RP. Gospodarstwo zawsze mu wystarczało, lecz przecież teraz reprezentował całą planetę. Poczuł jak duma ogarnia go od dołu do góry. Przy drzwiach przeszukał ich stwór z sześcioma rękami. W końcu po wielu skanach siatkówek, stóp i badania krwi (przy której pan prezydent prawie, prawie, prawie w ogóle nie krzyczał) znaleźli się w wielkiej sali Wielkiego Pana Galaktyk.
- Jak tu cudowanie – rzekł zachwycony Reppel. Po chwili zaczął jednak dostrzegać braki. – Ale jak na razie nie zauważyłem żadnej świnki, prosiaczka czy kurki. A to podstawa gospodarki i państwa.
- Wszystko wytwarzamy genetycznie – powiedział Beniu. – Mięso, mleko i co za tym idzie ser, wszystko to mamy, a nie musimy płacić za hodowlę.
- Jesteście potworami – skomentował prezydent, trzymając swoją rękę. Bolała go po badaniu krwi trzy metrową igłą. Na planecie XYZ technologia pozwala oszukiwać badania krwi, dlatego doktorzy muszą być bardzo dokładni.
- Nareszcie się pan pojawił – powiedział kosmita z głową dwukrotnie większą od reszty ciała. Miał przy tym dwa metry wzrostu, a całe czoło zajmował napis „Wielki Pan Galaktyk”. – Drodzy państwo, to jest mój faworyt, specjalnie wybrany przeze mnie. Pochodzi z rasy ludziów i zwie się Prezydent VIII RP Reppel. Jest wybrańcem spośród wszystkich planet znajdującej się w moim niebie.

Goście siedzący różnie zareagowali na nowo przybyłego człowieka, który miał lekką nadwagę i śmieszny strój. Niektórzy śmiali się, inni zachodzili w głowę czym są ludziowie. Jeszcze inny zastanawiał się jak smakuje.
- Poznaj swoich przeciwników Reppel. Oto pan Volkswagenmort.

Ciemna postać wstała bezszelestnie i z gracją, po czym się ukłoniła. Mężczyzno podobna istota była ubrana w czarną szatą i zza której wystawał kawałek kijka. Twarz Volkswagenmorta była blada, a nos jak prezydent sam wydedukował uciął sobie podczas golenia. Był strasznie kościsty i miał ciemne złowrogie spojrzenie.
- To natomiast jest przybysz z północnej galaktyki, wielki łowca Avastar.

Niebieski stwór z dziwnymi tatuażami również powstał, uderzył się z pięścią w klatkę piersiową i coś syknął. Reppel próbował powtórzyć ten gest, ale tylko się zakrztusił. Ten kosmita był bardzo niekulturalny, gdyż ciągle dłubał w nosie końcówką swojego łuku. Bardzo to oburzyło prezydenta, dlatego nie próbował drugi raz powtórzyć tego dziwnego przywitania.
- Ten miły pan w garniturze to Slendi.

Bardzo spodobał mu się wysoki kosmita w czerni, tylko miał strasznie białą twarz. Prezydent pięć razy przetarł oczy, ale dalej nie mógł dostrzec ust, nosa ani oczu kosmity. Reppel wpatrywał się w niego przez dłuższą chwilę i zaczął czuć w głowie jakieś wibracje. Całe pomieszczenie uległo zamazaniu, pojawiały się kropki jak w starym telewizorze wujka Zdzisia. W tle natomiast widział białą głowę przybysza. W końcu oderwał wzrok i wszystko wróciło do normy.
- Ostatnim uczestnikiem naszych wielkich zawodów jest Hubabuba.

Reppel spojrzał na kosmitę, który nawet nie rzucił okiem na prezydenta VIII RP, gdyż był zajęty jedzeniem. Stwór był różowy i strasznie gruby, a na głowie miał coś co przypominało wajchę i wyglądało jak guma do żucia. Prezydent odchrząknął raz, drugi i trzeci, ale Hubabuba nawet nie drgnął, nadal jadł i lekceważył majestat Reppela. Tego było za dużo, nie mógł się powstrzymać. Zaatakował różowego kosmitę. Pot ściekał z niego litrami, nie wiedział co zrobić z rękami, był cały czerwony.
- Wszystkie w porządku? – zapytał pan galaktyk.
- Taaak – odpowiedział Reppel i rzucił się na stół łapiąc dzyndzel na głowie różowego i wgryzając się w niego.

Wszyscy patrzyli w osłupieniu na tą scenę. Różowy stwór o imieniu Hubabuba miał okropny i wredny charakter. Prezydent poczuł na twarzy piekielny ból i odleciał wbijając się w ścianę na końcu sali. Znalazł się pomiędzy dwoma pomnikami. Ogarnął go mrok, nie wiedział już co się z nim dalej dzieje.
***

Reppel próbował otworzyć oczy, lecz musiał je szybko zamknąć z powrotem. Bezlitosne promienie światła raniły jego źrenicę. Zanim spróbował jeszcze raz unieść powiekę uszy zarejestrowały dźwięki: z tysiąca gardeł słychać było wrzaski i krzyki. W końcu odzyskał pełną sprawność umysłu i otworzył oczy. Zauważył, że jest na nowoczesnym stadionie. Publika wypełniała cały obiekt, krzycząc i wymachują flagami. W loży VIK (Very Important Kosmita) siedział znajomy mu Wielki Pan Galaktyk. Wokół niego na stopniach stali pozostali uczestnicy zwodów: Volkswagenmort, Avastar, Hubabuba i Slendi.
- Pora rozpocząć X Igrzyska życia – krzyknął spiker. – Brawa dla uczestników.

Przeróżni kosmici krzyczeli swoimi różnorodnymi aparatami mowy. Słychać było piski, brawa i radość. Nie co dzień w końcu odbywają się Igrzyska życia. Każdy władca mógł raz w ciągu swej kadencji je zorganizować. Pan Galaktyk wstał i zawołał:


- Drodzy uczestnicy, przygotujcie się. Za chwilę zaczynamy pierwszą konkurencję – Tu zatrzymał na chwilę głos. – A będzie to…


< poprzedni                                                                                         następny >

  • Digg
  • Del.icio.us
  • StumbleUpon
  • Reddit
  • RSS

Kroniki VIII RP - CZĘŚĆ I: "KONCERT W KOŚCIELE"

Prezydent VIII RP i jego pomocnik, a zarazem premier VIII RP pan Ksut podjechali pod kościół św. Anny, który znajdował się w rodzinnej miejscowości Reppela: ”Świniopasji”. Zaparkował swój czerwony kombajn zajmując dwa miejsca parkingowe. Biedny pies nie zauważył wielkiego majestatycznego pojazdu, po uderzeniu przeleciał przez płot sąsiada. Znalazł się tam, gdzie jego miejsce cały i zdrów. Prezydent i premier myśleli, że nie żyje. Jako, że byli pod kościołem oboje zamaszyście się przeżegnali i zmówili za biedne zwierzę pół zdrowaśki.
- Miło z pańskiej strony, że zgodził się pan pomóc mamie – powiedział Ksut zaraz jak wysiedli z pojazdu.
- Mamusi – poprawił z naciskiem prezydent. – Mamusi.
- Ależ tak proszę pana, błagam o wybaczenie – przepraszał premier machając rękami. Gdy już przestał swe dzikie pląsy zadał bardzo ważne pytanie. - Czyli z tego co rozumiem mamy zagrać koncert w kościele?

Nie czekając na odpowiedź zaczął wyciągać sprzęt zamocowany z tyłu kombajnu. Była to gitara, na której grał Reppel i skrzypce, należące do Ksuta. Stanowili zgrany duet, kiedyś nawet wystąpili na przeglądzie talentów w słynnym telewizyjnym show. Lecz zaraz po nieprzychylnym werdykcie jury prezydent wpadł w furie. Jak mogli nie docenić ich talentu! Kazał ich zamknąć w oborze na trzy lata razem ze świniami kryminalistami, które tworzyły mafię.
- Tak mój drogi, to będzie cudowny koncert. Nasze umiejętności są ponad przeciętne.

Sala prób, w której ćwiczyli, w całości potwierdzała ich ogromny talent. Wszystkie szyby zbiły się pod siłą wibracji strun głosowych i brzmienia instrumentów. Ponad to we wsi znaleziono cztery martwe koty i dwa psy, podczas sekcji zwłok lekarz wykrył trwałe uszkodzenie mózgu wywołane fałszami muzycznymi, działającymi na niskich częstotliwościach.
- Oczywiście, że nie są przeciętne. Jesteśmy geniuszami muzycznymi. Nasz zespół nazywać się będzie Reppels.
- Och prezydencie, ależ to cudowne i ekscytujące.

Weszli do świątyni, położyli swoje sprzęty przy filarze. Gibson Les Paul Reppela pobłyskiwał od świec. Zanim zdecydowali się co zrobić dalej poczuli swąd palonego drewna. Instrument Reppela pozostał trochę przypalony po tym incydencie. Później na jego cześć wiele firm tworzyło tzw. podpalane kolory do swych produktów.

Akcja gaszenia gitary przebiegła pomyślnie i sprawnie, dzięki pełnemu pęcherzowi Ksuta. Po tym incydencie ruszyli radośnie na poszukiwaniu księdza. Nie musieli długo błądzić, przyłapali go na podpijaniu wina mszalnego.
- Eee… Ciulowe – powiedział do siebie po wychlaniu naraz połowy zawartości butelki. – Trzeba zaprawić to.

I wlał do pełna spirytusu. Posmakował chwilę, ocenił klarowność, było idealne. W końcu zauważył przybyszów, grubego i chudego. Nagle rozpoznał w osobie, która weszła prezydenta i premiera. Padł na kolana i zaczął pić głową w posadzkę.
- Alleluja! – zakrzyczał. – Głowa całego narodu w mej skromnej świątyni. Co was sprowadza.

Wymieniali przez chwile grzeczności, w czasie których ksiądz Śpiwór masował obolałe czoło. Wyglądał jak typowy kapłan z lekko wystającym brzuszkiem. Po krótkiej rozmowie dowiedział się, że Reppel na prośbę swej mamusi zagra koncert w czasie wieczornej mszy na pogrzebie jej znajomej panny Piętaszek. W końcu ksiądz poprosił uroczyście, aby udali się do organisty, który przesiadywał na ostatnim poziomie w kościele.

Władcy VIII RP wzięli swoje manatki i ruszyli w pełnej chwale po schodach. Na pierwszym pół piętrze musieli zrobić odpoczynek, gdyż Ksut zemdlał i runął jak długi łamiąc skrzypce.
- Eeee – skwitował premier przed wyruszeniem w dalszą drogę. – Się sklei.

Wreszcie dotarli na ostatnią kondygnację. Zaczęli skakać z radości, a później jak już euforia minęła rozmasowywali obolałe kończyny. Została im do pokonania jeszcze drabinka, gdzie u szczytu czekało wejście do pokoju organisty. Pierwszy poszedł Ksut, wyszedł bez problemów. Po nim dzielnie zaczął wspinać się Reppel, gdy w połowie drogi niespodziewanie coś złapało go za nogę. Popatrzył w dół. Z jednej przerwy między szczeblami wmurowany był wyschnięty człowiek, któremu udało się wygramolić ręce i nogi. Zaczął szczękać i usłyszeli słowa:
- Ksiądz nie jest księdzem. Zło się czai, uciekajcie dobrzy ludzie.

Prezydent zaczął krzyczeć wniebogłosy, potem na chwilę przestał i wpadł w stan dzikiego zdenerwowania. Kto ma prawo tak straszyć dzielnego i nieustraszone Reppela!? Z furią zaczął kopać trupa po rękach.
- Puszczaj mnie!
- W głowę panie prezydencie, w głowę! – dopingował wierny Ksut.

Tak też Reppel zrobił. Po uderzeniu głowa oderwała się i spadła na sam dół. Ucieszeni wyszli do góry, wysiłek sprawił, że zapomnieli o całym incydencie. Nagle jednak stało się znów coś dziwnego. Władny państwa dojrzeli bowiem napis na ścianie: „KSIĄDZ JEST WAMPIREM ENERGETYCZNYM, STRZEŻCIE SIĘ”. Obaj zemdleli, wybudzili się dopiero po chwili.
- Czy to jest napisane krwią? – zapytał wystraszony prezydent.
- Nie wiem – powiedział w podobnym stanie Ksut, szczękając panicznie zębami.
- Pójdź i sprawdź. To rozkaz!

Premier zrobił jak mu kazali i drżącym krokiem dotarł do ściany. Wyciągną swój język i polizał literę Ą. Nagle przywarł i zaczął machać jęzorem coraz szybciej, z jego ust wydobywało się rytmiczne mlaskanie.
- Mniam, to jest, mniam, pyszny, mniam, dżem, mniam, truskawkowy.
Prezydentowi nie trzeba było dwa razy powtarzać, w mgnieniu oka dopadł ścianę, dołączając się do lizania. Gdy w końcu wyczyścili całą ścianę, zaczęli się zastanawiać jak postąpić z tą sprawą.
- Muszę bronić mojej mamusi. Ten wampir jej nie dostanie – zaczął przemowę. – Musimy go zniszczyć.
- Ale jak? – zapytał Ksut wywalając oczy na pół twarzy, wskutek emocji związanych z nadchodzącą przygodą.
- Oglądałem film Ksucie mój, musimy mieć świętą relikwie. Tu na dole na pewno jest grobowiec jakiejś świętej Anny, musimy zejść i coś zabrać należącego do niej. Tak pokonamy tego potwora i uratujemy moją mamusie.

Jak powiedział, tak też zrobili. Po morderczym schodzeniu po drabinie i schodach dotarli do wilgotnego i ciemnego grobowca, który znajdował się w piwnicach kościoła. Po drodze minęli dwa ciekawe miejsca: sala schadzek ministrantów oraz pijalnie wina mszalnego.

W grobowcu blask dawały jedynie palące się świece, które były umieszczone na dwóch grobowcach. Wybrali ten ładniej ozdobiony i podeszli do niego. Był wykonany z marmuru, wyglądał na bardzo stary i ciężki. Z wielkim trudem udało im się odchylić płytę grobowca, mięśnie prezydenta niczym najdroższa stal naprężyły się. Truchło świętej Anny było w nienaruszonym stanie, na pewno za sprawą modlitwy wiernych, jak wydedukował Reppel. Jasne oświecony prezydent prześledził całe ciało i znalazł coś co będzie odpowiednie do walki z wampirem energetycznym.
- Ogień trzeba zwalczać ogniem – powiedział słynną maksymę i wyciągnąć sztuczną szczękę świętej Anny. Chwilę trzymał ją w ręce po czym powiedział do swojego podwładnego, a zarazem przyjaciela. – Otwórz buzie.
- Okej – powiedział wierny Ksut, łakomie używając młodzieżowe slangu.

Reppel z całych sił wepchnął mu zdobyty przedmiot w usta (nie mając przy tym zielonego pojęcia, że to prawdziwe zęby). Premier przez kilka chwil jęczał z bólu, ale wiedział, że dostał nowe moce. Czuł, że tymi zębami jest w stanie zjeść wszystko.
- Jesteśmy gotowi – powiedział, szczerząc się zdobyczą.
- Jeszcze nie Ksucie, ja także potrzebuję broni – mówiąc to ściągnął trzydziestocentymetrowe obcasy świętej Anny i założył je na własnych stopach. Piękna czerwona skarpetkę rozdarła oryginalną skórę na bucie.
- Nie do końca mój numer ale dam radę.
Przerzucili przez plecy swoje instrument i zrobili groźne miny. Tak, byli gotowi na starcie, na śmierć i życie z wampirem energetycznym.

Księdza nie musieli znowu długo szukać, gdyż trwała msza. Reppel powiódł wzorkiem po wiernych, nie zauważył na szczęście swojej mamusi. Oboje z premierem widzieli jak wampir zasysa aurę ludzi podczas długiego kazania. Wyglądali na zmęczonych, przestępowali z nogi na nogę, duża część ziewała, dzieci szalały i biegały wokoło, a młode pary opierały się o siebie próbując zachować równowagę. Najbardziej wytrzymali byli starsi ludzie, starali się zachować swoją siłę i twardo słuchali gadzich słów potwora.
- Dość tych katuszy! – krzyknął Reppel nie mogąc znieść widoku tych biednych ludzi. – Wiemy kim jesteś wampirze. Broń się!

Razem z Ksutem ruszył do ataku, w tym czasie wampir przemienił się w swą naturalną postać. Wyrosły mu nietoperze skrzydła, a jego twarz stała się cała blada. W oczach nie zdołali dostrzec nawet iskierki życia.
- Wy głupcy, trzeba było grać i dalej żyć.

Zaczął się bój, ludzie w przerażeniu uciekali z kościoła. Została tylko grupa ciekawskich i ślepych. Reppel wbiegł i heroicznie uderzył pięścią w twarz księdza. Ten odleciał na ołtarz i zaczął się śmiać.
- Haha! Nie jesteście mnie w stanie zranić, zwykli śmiertelnicy.

Wtedy pełzający Ksut zakradł się do wampira niepostrzeżenie i ugryzł go zębami należącymi do świętej Anny w łydkę. Wampir zawył i nie mógł zrozumieć co się stało. Jedyne co go mogły zranić to przedmioty należące do innego wampira.
- Czyżbyś był wamp… - nie dokończył zdania, bo dostał z pół obrotu świecącym obcasem.

Reppel po tym magicznym ciosie powalił wampir na obie łopatki. Postanowił dogryźć wampirowi, podszedł do stwora i powiedział:
- Już nigdy nikogo nie skrzywdzisz.

„Tak to go na pewno zraniło” – pomyślał z radością.

Ksut przytaknął i ugryzł go jeszcze raz w stopę, wampir nie miał już siły wyć z bólu. Premier zaczął wychwalać mądrość, odwagę i dobroduszność swojego zwierzchnika, gdy nagle ktoś mu w tym przeszkodził.
- Kto mi zajefał szeby? – zapytała „święta Anna”, która wyszła z grobowca po długiej drzemce. – Stsek co siiiee dzeeje? Fee moje szeby i buty?

Wampir-Ksiądz-Staszek nie zdążył odpowiedź, gdyż dostał gitarą prosto w blady łeb. Rozległ się huk, korpus gitary rozleciał się na kawałki. Wiele lat później członkowie wielkich światowych zespół naśladowali ten końcowy atak Reppela, by oddać cześć jego bohaterskiej obronie ludzkości. Gdy prezydent i premier odwrócili się w stronę wampirzycy już jej nie było.
- Ciekawe czy jeszcze kiedyś ją spotkamy? – zastanowił się Ksut.
- A czy to ważne, i tak zębów nie ma.
- No i butów.
- Pora wracać do domu, tylko najpierw domowy obiadek.

I ruszyli z popsutymi instrumentami w stronę zaparkowanego kombajnu. Włożyli swoje rzeczy do kabiny i wskoczyli w ślad za nimi. Byli już w drodze na domowy obiadek mamy, gdy nagle rozległ się dźwięk przypominający mlaśnięcie.
- Co to było? – zapytał przerażony Ksut.
- A pewnie jakiś bocian wpadł pod kombajn – wzruszył ramionami Reppel. Nie wiedział, że pod kołami rozjechał ukrywającą się wampirzyce Anne.
- Ale dlaczego krzyknął „O jasna cholera!” – zaciekawił się premier.
- Oj mój drogi Ksucie, a jak ty byś zareagował jak by cię przejechał kombajn? – zapytał filozoficznie i hipotetycznie prezydent.


Ksut całą drogę zastanawiał się nad udzieleniem odpowiedzi, lecz w końcu zasnął.


                                                                                                             następny >

  • Digg
  • Del.icio.us
  • StumbleUpon
  • Reddit
  • RSS

NOWA RP - CZĘŚĆ V: „PIRACI” - by Cesc22

 - Koniu Andrzeju! Już niedaleko – krzyczał Marcin Hulajnoga na swojego pomagiera. – No szybciej machaj tymi rękami, samo się wiosłować nie będzie.

Komendant stał nad swoim towarzyszem i poklepywał go co chwilę po ramieniu. Chciał mu dodać sił i otuchy. Niestety skromne fundusze służb nie pozwoliły na dodatkową parę wioseł do tratwy, którą kupili w porcie. 
- No prawa, lewa. Mięśnie powinieneś mieć ze stali. W końcu przeszedłeś elitarnie szybkie szkolenie w elitarne akademii policyjnej IX RP – mówił donośnie komendant.

 Powoli zbliżali się do statku piratów, który lśnił w oddali. Śledztwo w sprawie zabójstwa prezydenta Reppela naprowadziło ich na trop kapitana Jacka Danielsa. 

 Nagle koń Andrzej dostrzegł nadpływającą łódź z flagą turecką.
- Panie komendancie proszę spojrzeć! – krzyknął.
- Co do dia..
- Chcieć kupić dywan? – zapytał właściciel łodzi, który wyglądał na zwykłego i typowego turka.
- Nie! – rzekł stanowczo komendant, chociaż bardzo chciał mieć takie cudo.
- Hmm… To może chcieć kupić kura?
- Niee! – wrzasnął panicznie koń Andrzej, który cierpiał na kurofobię i kopnął z całej siły w kurę.

 Zwierzę odleciało kwokając donośnie.
- Albo to nie być kura, tylko kaczka? – zamyślił się Turek i dodał po chwili. – Wy musieć zapłacić za to kura albo kupić kebab.
- Panie komendancie to dobry pomysł – zrobił maślane oczy pomagier. – Nie jedliśmy nic od dawna.
- Masz racje – odrzekł po chwili zamysłu komendant Marcin. – Dwa kebaby poprosimy.
- Dwa kebaby, już się robią raz dwa – po tych słowach sprzedawca zakrzątał się na swojej łodzi.
- Jakiego mięsa pan używa? – zaciekawił się Hulajnoga.
- Ja sam nie wiedzieć, bo to leżało na asfalcie, jak ja jechał do Polska – powiedział i zaraz podszedł do nich z dwoma kanapkami. – Dwa razy kebab proszę płacić 40 ojro.
- Jakie ojro i jakie 40!? – oburzył się komendant. – I co to za kanapki mają być, kebaby są w BUŁCE!
- No 40 E-U-R-O, jesteśmy na otwartym morzu, ceny i waluta europejska.
- Och..  ty zdzierco ja ci pokaże – Marcin Hulajnoga już przygotowywał się to zabójczego ataku na oszusta. Przeszkodził mu w tym hałas, który zaczął dochodzić od strony statku piratów.

 Jakiś ksiądz pędził łodzią w ich kierunku. Machał wiosłami z taką siła, że płynął z prędkością bliską szybkości światła w próżni. Na szczęście zdążył się zatrzymać w łódź zaraz przed dzielnymi funkcjonariuszami IX RP.  Ksiądz miał poszarpaną sutannę, wyraz twarzy wskazywał na to, że zobaczył samego diabła.
- Demony siarczyste!! Demony siarczyste na łodzi, opętały Kevina Jonsona, który ostał na chwile sam na statku. Demony i diabły przeklęte smalone w kotle wiecznego potępienia! Nie da się nic zrobić trzeba uciekać! Tak wiać! WIAĆ!

Po tej jakże pięknej przemowie narzucił swoje tępo i popędził w kierunku portu.
- Koniu Andrzeju mamy pracę – powiedział z zawziętą miną komendant.
- To ja już sobie pójść – szybko zmył się Turek z pokładu swej łodzi i zanurkował.

Dopiero później Andrzej i Marcin zauważyli że nie mają ostatnich pieniędzy.

***

Komendant i jego dzielny koń dotarli w niedługim czasie do statku kapitana Danielsa. Część załogi wyskakiwała panicznie do wody.
- Aaaa! Ratunku! Sam diabeł przybywa!
- Demony!
- Skurwysyny ogniste!

 Wśród tych pięknych słów policjanci IX RP wgramolili się na pokład statku. Marcin wystrzelił ze swojego pistoletu na czarny proch z 1900 roku. Policji nie było stać na zmianę sprzętu od tego czasu, gdyż cały czas następowały cięcia w budżecie. Funkcjonariusze IX RP nie potrzebowali specjalnych urządzeń, u nich liczyły się umiejętności.
- Proszę o spokój! – krzyknął po oddanym strzale komendant. 

 Na chwile wszyscy znieruchomieli, wszyscy wpatrywali się w Marcina, który powiedział po chwili:
- Proszę się nie bać, jesteście pod opieka policji dziewiątej rzeczpospolitej.

 Po tych słowach nastał większy chaos i większa część załogi postanowiła opuścić pokład po tych słowach. "Powinni się cieszyć” – pomyślał Hulajnoga.

  Tymczasem z kajuty kapitana wyleciał biskup trzymając się za krwawiące ucho, a raczej to co z niego zostało.
- Diabelskie nasienie! Zjadło moje ucho i przepiło wodą święconą. Potem połknął krzyż i w minutę przeczytał całą biblię. Szatan na statku! Szatan na statku!

Po tych słowach biskup wyskoczył ze statku wprost na swoją motorówkę i odpłynął z piskiem opon.
- Nie ma ratunku! Już po nas – rozpaczał kapitan Jack Daniels, wyglądał na niezbyt trzeźwego. – Dlaczego mój syn? Dlaczego!?

 Nagle na statek wylądował człowiek w czarnym obcisłym stroju i płaszczu na którym znajdował się biały krzyż.
- Jestem słynny pogromca wszelkich demonów. Jestem wiedźmino-inkwizyto-księdzo-zabijaczo-sprzątacz, jak ktoś nie wierzy mam wszystkie papiery. 

Po tych słowach przybysz wyrzucił plik dokumentów na łódź.
- Rozsunąć się – powiedział donośnym chrapliwym głosem.
- Ave –krzyknęła pozostała załoga poznając wybawiciela.
- Tak jestem wielki Ave, W-I-K-Z-S – powiedział z dumą Ave i po chwili dodał.  – Mam wszystkie papiery jeśli ktoś nie wierzy.

 Superbohater zrobił krótka rozgrzewkę po czym z dumą wszedł do kajuty syna kapitana Kevina Jonsona, który był opętany przez prawdziwe demony siarczyste. Zapanowała przerażająca cicha, nikt nie śmiał się odezwać, z pomieszczenia nie do chodził żadne odgłosy. Nagle słychać było dziecinny szloch.
- Hura! Udało mu się – krzyczeli ludzie.
- Prawdziwy bohater wywabił nas, a teraz dziecko płacze za swoje grzechy.
- Cud!
- Ave Ave!
 
Po chwil drzwi do kajuty otworzyły się i wyczołgał się z nich superbohater. Płacząc przy tym jak małe dziecko.
- Potwór! Deomon – zanosił się płaczem – Co on mi zrobił!?
 
Ludzie pozostali na okręcie w tym kapitan, komendant i jego pomagier dostrzegli źródło bólu Ave. Miał w tyłek wbity diamentowy pastorał biskupa. Superbohater popłakał jeszcze chwilę po czym zemdlał z bólu.
- O niee! – krzyknął Jack Daniels. – To już po moim synu, co my zrobimy!?
- Spokojnie jeszcze my tu jesteśmy – powiedział z zawziętą miną komendant Marcin – Andrzeju, mamy robotę.
- O tak – odpowiedział koń.

***

 Komendant elitarnej policji IX RP razem ze swym towarzyszem Andrzejem przygotowywali się do misji. Musieli odsunąć na bok swoje prawdziwe zadanie, czyli odnalezienia zabójcy Reppela. Kapitan Jack Daniels był w całkowitej rozsypce, więc nie było szans na przesłuchanie.
 
Para funkcjonariuszy RP odeszła na bok. Marcin poprawił swoją odznakę, zawiązał buta i zapiął rozporek. Był gotowy do zadania, miał już wołać swojego pomocnika, lecz przeszkodził mu pewien staruszek, który wyglądał na doświadczonego marynarza. Marcin Hulajnoga poznał po tatuaży kotwicy na ramieniu. „Dedukcja drogą do sukcesu” – komendant wspomniał słowa swojego nauczyciela Profesora Rehabilitowanego Holemsa.
- Panie, weźcie to – powiedział staruszek podając puszkę z zielonym znaczkiem. – Wzmacnia ciało i krew.
 
Po tych słowach marynarz wyciągnął zielone zioła ze swojej puszki i zjadł. Nagle jego mięśnie wzrosły czterokrotnie. Chwilę się powypinał, lecz zaraz cały sczerwieniał i padł na ziemię trupem.
- Wiedziałem, że się tak skończy – znowu rozpaczał kapitan Jack Daniels. – Brał to zielsko i w końcu musiało się tak stać. Kolejny trup. Jaki ten świat okrutny.
- Co to w ogóle jest? – zapytał Marcin, który był zawsze głodny wiedzy.
- A jakieś zioła, myślał, ze to szpinak, bo mama mu wmawiała , że dodaje siły. Przez to całe życie miał skrzywioną psychikę. A tak naprawdę te puszki zawierają roślinę, która jest składnikiem viagry.
 
Marcin Hulajnoga wzruszył ramionami i powiedział:
- Koniu mój, ruszamy.
- Tak jest komendancie.
- Idźcie ratować mego syna – powiedział Jack Daniels.
 
Gdy szli w stronę drzwi, Andrzej po kryjomu schwał do spodni puszkę z zielonym znaczkiem i pobiegł za Marcinem śmiejąc się pod nosem.

***

 Po chwili wahania komendant Marcin zapukał i wszedł powoli przez drzwi kajuty. Oczywiście zapytał kulturalnie:
- Przepraszam, można wejść?
- Wraa! – odpowiedział stwór na suficie, który obecnie tańczył polkę. 
 
Komendant IX RP uważnie przyjrzał się opętanemu dziecku. Chłopak wyglądał na jedenaście lat, miał całkowicie czarne oczy i zakrwawione usta. Spojrzał na nich, usiadł na suficie i przemówił:
 - Zabije was, a potem zjem. Albo nie, najpierw zjem potem zabije.
 
Po tych słowach zaśmiał się złowieszczo, tak że wszystkie włosy stanęły komendantowi. Po chwili Marcin zyskał pewność siebie i rzekł donośnie:
- Mamy immunitet! Jesteśmy na służbie IX RP, jesteśmy prawem i sprawiedliwością w tym narodzie. Jesteśmy nieustraszeni obrońcy obywateli. Jesteśmy funkcjonariusze.
 
Po tych słowach demon prychnął i zniknął, by chwilę później zmaterializować się za milczącym koniem Andrzejem. Opętany chłopiec wziął zamach i kopnął z całej siły zad pomagiera. Andrzej poczuł ogromny ból w pośladkach, siła ciosu uderzyła nim o sufit. Lądując na ziemi przebił się na niższy poziom statku, w pokoju pozostał tylko groźny demon i komendant Marcin Hulajnoga.
- Jak śmiesz atakować funkcjonariusza na służbie, załatwmy to jak mężczyźni.
- Haha – zaśmiał się chłopiec wyciągając język na pół metra.
- Potwór i ścierwo – krzyknął policjant.
- Poezja dla mych uszu – powiedział przez dziecko demon. – Zróbmy pojedynek na przezwiska, jeśli wygrasz wyjdę z chłopca i pójdę sobie stąd, ale jeśli ja wygram zostaniesz moim wierzchowcem i będziesz mnie woził, gdzie chce.
 
Komendant wziął głęboki oddech i przystał na warunki demona. Pojedynek uważano za zaczęty.

***

 Koń Andrzej ocknął się i poczuł w ustach palącą ciecz, więc połknął ją szybko. Od razu zaszumiało mu w głowie i pojawiły się kolorki. Zadowolony i dumny z siebie wylazł z beczki i zaczął się zataczać, po chwili runął na ziemię. Wtedy zobaczył napis na beczce: „Whisky Jacka Danielsa”. Niżej był jakiś napis małym druczkiem. Nie mógł go dostrzec,  więc założył swoje dwukilogramowe okulary z wbudowanym mikroskopem.

 „Własność demona Jasia”
 
Dzięki cudownemu napojowi dającego inteligencje koń Andrzej domyślił się niemożliwego:
- Jack Daniels sprzedał własne dziecko demonowi w zamian za recepturę whisky. Co za bydle!
 
Nagle usłyszał wrzaski komendanta Marcina.
- O nie, on zginął. Muszę go pomścić.
 
Rozglądnął się po stosie beczek i nagle przyszło mu coś do głowy.

***

 - Ty prosiaku zdrapany i pokuty przez rudego jeża plamistego – krzyczał komendant Marcin Hulajnoga.
 
Demon odciął mu się straszliwą wiązanką, aż marynarz który podsłuchiwał pod drzwiami zemdlał. Policjant ledwo stał na nogach, wiedział że musi postawić wszystko na jedną kartę. Odpiął i schował odznakę do kieszeni.
- Haha – demoniczny śmiech pewny wypełnił kajute. – Chyba czas na moje zwycięstwo?
 
Stało się coś nieoczekiwanego. Marcin Hulajnoga puścił taką wiązankę, że demonowi uszy zwiędły i zaczął wyć. Opuścił ciało chłopca i wyskoczył przez okno w kajucie. Jak się potem okazało komendant był synem szewca. Stąd wachlarz przekleństw miał strasznie szeroki. Te wyzwiska były tak okrutne, że usta mu popękały i w gardle go strasznie paliło.
 
Wyszedł oszołomiony z kajuty, ludzie bili mu brawo. Zaczęli nim podrzucać i nagle poczuł pod sobą siłę uderzeniową.

***

 Koń Andrzej podstawił pod beczki prochu i whisky zapalniczkę
- Giń skurwysynie! Za komendanta!

***

Wybuchł wystrzelił dzielnego stróża prawa wysoko w niebo, wpadł w dziwnie świecącą szczelinę. Nikt nie wiedział co się stało.


< poprzedni                                                                                         następny >

  • Digg
  • Del.icio.us
  • StumbleUpon
  • Reddit
  • RSS

NOWA RP - CZĘŚĆ IV: „BALON MIŁOŚCI” - by Cesc22

Palipies razem, ze swoimi wiernymi wyznawcami leciał w stronę tęczy. Wierzył, że tam znajdzie obiecaną dolinę i zaprowadzi pokój w nowej RP. W końcu był prezydentem, musiał dbać o swoich obywateli. Towarzyszyło mu czterech wybrańców: Józio Bambaryła – jego prawa ręka i trzech mniej ważnych buntowników.
- Józio podejdź tu – rzekł Palipies. – Za twoje zasługi, mianuje Cię nowym premierem tego pięknego kraju. Oficjalnie, przy wszystkich obecnych powierzam funkcję premiera IX RP, temu o to człowiekowi.
Prezydent wskazał puste pole w balonie. Wszyscy zaczęli się zastanawiać, gdzie jest Józio.
- Przed chwilą tu był – powiedział jeden z buntowników.
- Nie mógł się rozpły… - dodał drugi.

Jego wypowiedź przerwały krzyki dobywające się z dołu. Był to Józio, który wypadał z balonu i wisiał zaczepiony o linę głową w dół. Darł się przy tym okropnie. Wyleciał przypadkiem, gdy usłyszał o awansie. Z radości zaczął skakać, lecz zaplatał nogę w linę i przeleciał przez ściankę balonu.
- Proszę szanownego i łaskawego pana! Melduję, że on wisi na linie – krzyknął jeden z przydupasów.
- Panie prezydencie co robimy? Wciągamy go? – spytał drugi buntownik z troską wymalowaną na twarzy.
- A niech wisi na razie, przynajmniej jest trochę więcej miejsca na zadanie specjalne – rzekł Palipies zacierając ręce. - Za niedługo dzień kobiet, trzeba się przygotować. Do roboty chłopaki, robimy laurki, raz dwa.
- A co to?
- Kolorowe karteczki, ty dawaj tu nożyczki będziemy wycinać serdus...

Nie dał rady dokończyć zdania, gdyż rozległ się przeraźliwy syk powietrza. Prezydent Palipies zauważył, jak do ich balonu zbliża się stado mężczyzn w podartych ciuchach, którzy z zabójczą prędkością lecieli na miotłach. Nagle przed szereg wysunął się największy obdartus i krzyknął:
- Stać! W imieniu Zgromadzenia Pijanych Meneli na Miotłach w skrócie Zet Pe eM eN eM nakazuje wam postój i panikę, zaraz zostaniecie obrabowani i wydestylowani.
Palipies poświęcił dłuższą chwile na zastanowienie, trochę czasu minęło zanim dotarł do niego sens słów.
- O co im chodzi? – zaczął zastanawiać się jeden z przydupasów, lecz nie dostał zbyt wiele czasu na rozważania, ponieważ na jego głowie znalazła się pusta butelka po wiśniówce ze „Stonki”. Siła uderzenia powaliła dzielnego obrońcę prezydenta.
- Milczeć! – krzyknął król pijaków, o którego władzy świadczyła aluminiowa korona na głowie. Legenda głosi, że była przetopiona z najwyśmienitszych piw puszkowanych. – Więc poddajecie się?

Prezydent wahał się przez kilka minut, lecz w końcu postanowił jak wyjść z tej sytuacji. Po chwili wyciągnął swojego trzydziestodwu calowego tableta z kieszonki na plecach i wybrał numer do swojego premiera. Gdy Józio odebrał wideo rozmowę pojawił się na ekranie do góry nogami, co bardzo rozpraszało Palipsa i nie pozwalało prowadzić rozmowy. Prezydent zaczął więc obracać ekran, lecz gdy przekręcał to obraz automatycznie ustawiał Józia do góry nogami.
- Cholera! -krzyknął zbulwersowany. Oparł tableta o ściankę balonu i stanął na głowie. Wszyscy wokoło, którzy ujrzeli jego wyczyn zaczęli bić brawo, nawet pijacy. Można było usłyszeć szepty:
- Tak oto człowiek wygrywa z techniką.
- Agencie Józio, szybkie sprawozdanie. Czym jest to całe stado pijaków? – zapytał prezydent.
- Jest to szajba najgorszych meneli jakich świat widział – odpowiedział nowy premier. – Piją na umór, a później zyskują dzięki temu nadludzkie moce. Nie mają żadnych skrupułów, a ich przywódca jest najgorszy.
- Co o nim wiesz?
- Jest bezwzględny i wiecznie pijany, bo jak był mały to wpadł do kociołka z denaturatem.
- Mamy jakieś szanse?
- Stracili najlepszego menela, Pana Świńskiego, lecz mimo to nie mamy szans – zameldował Józio.
- To co zrobimy prezydencie!? – zapytał zmartwiony przydupas.
- Będziemy walczyć – powiedział Palipies z dumą.
- Taaak! – krzyknął Józio Bambaryła, który nadal wisiał przywiązany do balona. Przy okrzyku wojennym zaczął machać rękami, co spowodowało zerwanie liny. Nagle słychać było głośne:
- Aaaaaa!

Później nastąpił wielki plusk, jakby coś dużego uderzyło o taflę wody. Józio wpadł prosto do słonego morza.
- Do ataku bracia – krzyknął król meneli. – Ku chwale naszego brata, który poległ. Za pana Świńskiego.

Menele na miotłach okrążyli balon, było ich dziewięciu. Każdy z nich trzymał w ręku butelkę, wyglądali naprawdę groźnie.
- Dalej, bronić się, Stefan odpal armatę miłości. Damy im popalić. Zasypmy ich uczuciami.

Przydupas podszedł do armaty zamocowanej w balonie i nasypał do wnętrza brokatowe serduszka.
Wycelował i odpalił w dwóch zbliżających się meneli. Jeden zdołał się utrzymać na miotle, drugi natomiast zakrztusił się i spadł prosto do morza.

***

Józio Bambaryła zaczerpnął wreszcie powietrza i przestał się topić. Rozglądnął się za najbliższym brzegiem, niestety był daleko.
- Prezydencie nic mi nie jest – krzyknął i zaczął żabką płynąć do brzegu.

Przydupas prezydenta poczuł jak coś wślizguje mu się pod podkoszulek. Nagle zza kołnierzyka wychylił mu się złoty węgorz.
- Jessstem węgosss, ssspełniam zyccenia – syczało zwierzę.
- A gówno prawda – krzyknął Józia po czym złapał węgorza i rzucił nim w wodę.

Zwierzę poleciało robiąc kaczki w stronę odległych statków. Józio postanowił płynąć dalej, musiał przeżyć, by móc szerzyć miłość. Nagle zobaczył jak odłamek jakiegoś talerza przeleciał mu nad głową, ktoś wyrzucił z niego papierek po batoniku.
- Jak możecie tak śmiecić? – krzyknął oburzony Józio, który w czasie tych słów wypił litr słonej wody.

Zapomniał, że przed chwilą zanurzył głowę pod wodę. – Powiem wszystko prezydentowi Pali…
Nie dokończył zdania, bo zainteresował się obiektem, który zbliżał się w jego stronę z ogromną prędkością.
„Na pewno koło ratunkowe mi rzucili, kochany prezydent nawet w czasie walki mnie ratuje” – pomyślał Józio i znalazł się pod spadającym przedmiotem, by go złapać. Po chwili ciało menela z impetem uderzyło o przydupasa prezydenta IX RP. Jak tylko znaleźli się pod wodą, Józio kopnął w twarz swojego przeciwnika. Nagle poczuł, że nie może ruszyć nogą. Jego nowo wylakierowane buty do tej specjalnej misji zaklinowały się w paszczy menela.
- Puszczaj wstrętny pijaku – krzyknął Józio pod wodą, znów wypijając litr wody.

Menel zdziwił się, bo usłyszał tylko „bul bul bul”. Józio poświęcił nowo zakupione obuwie i zdjął buta. Przydupas prezydenta zapomniał zmienić skarpetek już przez dłuższy czas, więc ta zabójcza broń chemiczna otumaniła menela, który zaczął opadać na dno. Józio wypłynął na powierzchnię tylko po to, żeby dostać miotłą spadającą z góry. Gdy po raz drugi udało mu się zdobyć tlen wsiadł na miotłę i zaczął dryfować w stronę brzegu, machając przy tym bezradnie nogami.
- Zawsze mnie to musi spotykać – skomentował swój stan smutnym głosem.

***

Na górze trwała zażarta walka, część piratów wtargnęła już na balon Palipsa. Przydupasy prezydenta dzielnie się broniły, ale została ich tylko dwójka walczących przeciwko pięciu menelom. Król zagrzewał swoich ludzi siedząc na magicznej miotle, wolał nie włączać się w szalony wir walki.
- Musimy się kochać! – krzyknął jeden z przydupasów i rzucił się na pijaka.

Menel zrobił krok w tyłu i uderzył beztrosko butelką prosto w czoło wroga. Poszkodowany upadł na ziemię tracąc przytomność. Widząc krzywdę swojego towarzysza kolejny człowiek prezydenta ruszył, aby przytulić niegrzecznego menela. Zapomniał, że w ręce trzyma nożyczki, które wbiły się w rękę pijaka. W miejscu rany popłynął przeźroczysty płyn.
- Nieee! – krzyknął ranny. – Tracę alkohol!

Po tych słowach wyskoczył z balonu, procenty za szybko uciekały. Było to jasne, że wolał nie żyć, niż być nisko procentowy. Na jego nieszczęście przeżył upadek, bo trafił w jakąś dziwnie machającego stwora w wodzie.
- Walczyć ku chwale miłości! – krzyknął Palipies i wziął swojego tableta. Zaczął smagać nim na prawo i lewo, zrozpaczeni menele wskoczyli na miotły i odlecieli.
- Jeszcze tu wrócimy! – krzyczał Król pijaków.
- I po sprawie, zbierać się moi mili – powiedział prezydent. – Dalej opatrzcie rannych i naprawcie szkody, a gdy to zrobicie ruszymy dalej. Na razie opadnijmy na ziemie.

Przydupasy zakrzątały się i czekały na wymarzony odpoczynek. Lecz nagle usłyszeli odgłosy mioteł za swoimi plecami. Leciała do nich trójka meneli, w tym dwóch, których wcześniej nie mieli okazji zobaczyć. Jednym z pijaków był znany im król, po jego prawicy leciał dziadek w poszarpanych szatach, natomiast z lewej strony jakiś młody obdartus z blizna na czole.
- Obiecałem, że wrócimy, więc wróciliśmy – powiedział złowieszczo Król meneli.
- Ale po co? – spytał zaciekawiony prezydent IX RP.
- Chcemy zrobić z was spirytus – odpowiedział złowieszczo władca. – Dalej Gandalfusie, latynoski pijaku zaczaruj ich.
- Nie – powiedział Gandalfus i skrzyżował ręce na piersi.
- Co!? Natychmiast czaruj!
- Nie będę.
- Dlaczego?
- Bo nie, zabrałeś mi mojego hobbita karzełka nie będę z tobą rozmawiał, lecę stąd.
- Zaczekaj, masz mnie słuchać jestem króóóóólem – mówiąc to władca pijaków rzucił swoją butelko prosto w siwy łeb Gandalfusa, przez co spadł z miotły.

Wszyscy mogli usłyszeć krzyki Józia Bambaryły, na którego wpadł obdarty stary pijak.
- Nie bój się, jeszcze was ograbimy, mój młody uczeń Harry Pijus jest wybrańcem. Ma bliznę w kształcie butelki na czole. Zaraz was wszystkich pokona.
- Boo wszyztko to, bo siebie kocham i tra tira ra – zawołał młody menel na miotle.
- Znowu się spiłeś!?
- Nieee, choc pokasze ci szym moja milosc jest.

Palipies doszedł do wniosku, że jest to idealny hymn dla jego państwa. A ten młody chłopak może mu pomóc szerzyć miłość. Wskoczył na obręcz balonu, chwycił chłopaka i krzyknął:
- On jest mój!
- Nieee! – zawołał król meneli. – Mój! Ja w niego zainwestowałem.
- On jest nadzieja narodu, regeneracie. Puszczaj!

I tak szarpali młodego pijaka, który szerzył pieśni miłosne. Harry Pijus nie przejął się tą kłótnia ani trochę, nie przeszkadzało mu, że jest miotany we wszystkie strony. Był w takim stanie, że wszystko było mu obojętne.
- Móój – powiedział z zawziętą miną prezydent.
- Niee! Bo mój – krzyczał Król meneli.
- A wszystko to bo siebie koszm o jeje – beztrosko śpiewał obiekt kłótni.

Ani Palipies, ani jego przeciwnik nie zauważyli, że są coraz bliżej tęczy. Nagle ocalały Przydupas zauważył naukowca w kitlu, który leciał do nich.
- Panie prezydencie – zawołał. – Coś się do nas zbliża.

Nie było czasu przyjrzeć się lecącemu naukowcowi, gdyż wpadł prosto w balon przebijając go. Prezydent Palipies wypadł z kosza i zawisiał, złapawszy się miotły Harrego Pijusa. Młody menel nie przejął się tym. Natomiast Król pijaków chciał strącić władcę narodu IX RP.
- Już po tobie! – krzyknął z wielkim triumfem w głosie i zaczął złowrogo łaskotać Prezydenta.
- Haha, przestań, bo się puszcze – zawołał ze łzami w czach Palipies i spełnił swoje słowa.

W wywiadzie ani Król, ani przydupas, ani tym bardziej Harry Pijus nie byli w stanie wyjaśnić co się wydarzyło. Po prostu prezydent Palipies, gdy dotknął tęczy zniknął.


< poprzedni                                                                                         następny >

  • Digg
  • Del.icio.us
  • StumbleUpon
  • Reddit
  • RSS