RSS
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą one shot. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą one shot. Pokaż wszystkie posty

Consummatum est


Złoty śnieg. Delikatne drobiny szczerego złota, łagodnie spływające po jasnych promieniach niebiańskiej świętości, zasnuły niebo niczym śnieżny puch. Ze złocistej szczeliny na niebie zaczęły opadać anioły, o wielkich, pierzastych skrzydłach, odziane w lśniące zbroje. Każdy z nich dzierżył srebrny miecz w prawej, oraz srebrną, gładką tarczę w lewej ręce. Każdy z nich miał zawieszony na szyi drewniany krzyżyk. Każdy z nich wiedział co się zaraz wydarzy.

Anioły szły na wojnę, zstąpiły na ziemię, chcąc rozegrać ostatnie starcie. Szary popiół wzbił się w powietrze od podmuchów skrzydeł, kiedy stanęły naprzeciw potężnej armii. Mrok od niej dochodzący zdawał się wręcz emanować złem i nieczystością. To demony rodem z piekła ośmieliły zetrzeć się z aniołami. Ich cel był jeden. Zadać ostateczny cios Bogu. Wywrzeć zemstę na tym, który skazał ich na wieczną udrękę. Światło i ciemność uderzyły o siebie, choć nie zlały się, a utworzyły linię, jak dwie bańki mydlane. Dociskały się, jakby pchane przez wolę zwycięstwa każdej ze stron...

Obie pękły równocześnie, odsłaniając świat taki, jaki jest naprawdę, szary i pozbawiony życia. Michał Archanioł krzyknął, zaryczały demony. Armie ruszyły na siebie. Dobro i zło ostatecznie miało zetrzeć się ze sobą. Odwieczna bitwa miała się w końcu rozegrać... i nagle wszystko stanęło. Cały świat zamarł w miejscu, znieruchomiał, jakby umarł czas.

Nieopodal, na jałowej skale leżał smok. Oczy miał zamknięte, ale widział wszystko. Widział światło i mrok, które ze sobą się starły. Obserwował każdego demona i każdego anioła. Patrzył na ich dusze. Był ciekawy ich skaz, ich blasku czy po prostu kształtu. Otworzył oczy. Świat dalej stał w bezruchu. On mógł się jednak wzbić w powietrze. Szybując krążył nad polem bitwy, jak sęp, który czekał na swoją ucztę. Ostrzom walczących brakowało jeno cali, aby dosięgnąć przeciwnika. Smok już wiedział kto polegnie w pierwszym ciosie, a kto zdoła wytrwać do następnego... Machnął skrzydłami i wzbił się pionowo w niebo.

Rozległy się krzyki i ryki. Głodna krwi broń w końcu rozpoczęła swą ucztę. Padli pierwsi walczący. Czarna krew splamiła śnieżne skrzydła, a złoty pył spowił demoniczny mrok. Aniołów było mniej, ale prowadziła ich wiara i wierność. Demony poiły się zemstą i gniewem, które są zdradzieckim przewodnikiem. Padały jeden za drugim, przytłoczone przez wiarę. Ale anioły też traciły. Czasami gniew był potężniejszy, przezwyciężał dobro.

Smok słuchał dusz poległych. Były ciche, mdłe, beznamiętne. Zostały pokonane przez przeciwieństwo tego w co wierzyły. Dobro przez zło, a zło przez dobro. Nie rozumiały. Czym że będzie zwycięstwo którejś z armii, skoro ich własna bitwa jest przegrana? Te dusze stały w miejscu. Już na zawsze miały zostać skamieniałe nad swoim własnym, martwym ciałem.

Ciemność i światło ścierało się na niebie, dobro i zło na ziemi. Armie walczyły dalej, zdawałoby się już od wieków, choć trwało to tylko moment. Poiły swoją broń, ale ta ciągle pozostawała nienasycona. Ziemia nie mogła więcej chłonąć trupów i krwi, wypluwała to czego nie mogła już strawić, ale niebo było za daleko. Topiła się tym, co unosiło się na jej powierzchni...

Wszystkiemu przyglądała się grupka dzieci, zwabiona hałasem. Smok to zauważył i delikatnie wylądował tuż obok. Choć wyczuwał od nich strach, nie on był jego źródłem, a szalejąca bitwa. Dzieci nie rozumiały, patrzyły to na ciemne demony, których kształtów nie mogły rozpoznać w mroku, to na jaskrawe anioły, które swym blaskiem oślepiały ich oczy. Jedyne miejsce gdzie dobrze widziały, to linia frontu. Mrok i światło ścierały się, ukazując krwawą łaźnię pomiędzy walczącymi.

Smok dostrzegł, że dzieci myślą. Przez moment patrzyły po sobie, żeby po chwili rzucić się na siebie z pięściami. Nie widział w dzieciach ani pasji, jak w szalejącej obok bitwie, ani wiary w swoje czyny. Dzieci walczyły. Po prostu. Nie było w tym mroku czy światła.
- Czemu walczycie? – zapytał smok dzieci.

One spojrzały na niego z politowaniem.
- Głupi smoku. Bo oni walczą. Więc tak trzeba.

I zaczęły znów walczyć.

Smok wzbił się w powietrze. Dla tego świata nie było już ratunku.

  • Digg
  • Del.icio.us
  • StumbleUpon
  • Reddit
  • RSS

Życie pośród śmierci


Postój przedłużył się nam nieco, a to dlatego, że Aaron złapał grypę czy inne cholerstwo. Na szczęście znaleźliśmy ciepłe koce, trochę leków i ( o dziwo) masę żywności. Gospodarz był tak uprzejmy, że zostawił nam do dyspozycji spiżarnię, wypełnioną po uszy suszonymi kiełbasami, wędlinami i pyszną kaszanką. Prawdziwa Polska gościnność. Szkoda, że całą rodzinę znaleźliśmy zmienioną w zombie, które błąkały się bez celu po podwórku. Naprawdę, wielka szkoda, że musieliśmy im rozwalić czaszki.
- Kurwa! Co my zrobiliśmy, dlaczego uciekliśmy? - Jan stracił nagle panowanie nad sobą. Widocznie dusił to już w sobie jakiś czas. - Kurwa! Dlaczego was posłuchałem!?
- Nie jęcz! - Mruknąłem cicho. - Teraz zebrało Ci się na wątpliwości? Nie miałeś ich wtedy, jak "hodowaliśmy" dzieci, żeby potem je usmażyć i zjeść? To było pojebane! - Musiałem nim wstrząsnąć, nie mogliśmy sobie pozwolić, aby załamał się psychicznie. Był moim kompanem, ale jeśli przez niego mielibyśmy się wpakować w kłopoty, nie miałbym wyboru.
- Kurwa! Kurwa! Co my teraz zrobimy? Nie damy sobie rady! - Chwycił głowę rękami i zaczął się trząść.

Nie sądziłem, że może popaść w taki stan, zwłaszcza teraz, gdy wreszcie znaleźliśmy schronienie. Może to nie był dobry pomysł, aby zabierać go z nami? Jest zręczny i potrafi po cichu otwierać zamki, ale w starciu z zombiakiem leje w portki. Do tej pory zastanawia mnie, jak udało mu się tyle przetrwać.
- Możecie się zamknąć? Chcę spać! - Słowa Aarona ucięły naszą kłótnię, ale mina Jana zdradzała objawy paniki. Oby szybko otrząsnął się z tego stanu. Świat się zmienia i nie ma w nim miejsca na niestabilność.

Następnego dnia Aaron poczuł się na tyle lepiej, aby wstać z łóżka. Wykorzystałem fakt, że chociaż jeden z nas będzie trzymał wartę (Jana nie brałem pod uwagę) i poszedłem rozejrzeć się po okolicy.

Była wiosna, a wioska zdawała się być opustoszała nawet przez zombie. Tylko kilka z nich pełzło w moją stronę, ale szybko skracałem ich "żywot" zmieniając ich mózgi w miazgę. Robiłem to już niemal odruchowo, ręka z nożem sama kierowała się w stronę ich głów. To była dla mnie rutyna. Zwyczajnie przywykłem do tego. Odkąd to wszystko się zaczęło zabiłem w cholerę martwiaków. Nawet boję się myśleć o tym, że to kiedyś byli ludzie. Staram się po prostu ignorować ten fakt - inaczej bym zwariował.

Tak jak myślałem - w mieścinie był malutki sklepik. Wraz z początkiem epidemii trupów (sam tak ją nazywam) wybuchły zamieszki. To normalne, gdy ludzie widzą chaos i nieporządek od razu dają się mu pochłonąć. Tylko w tamtym okresie niewielu myślało, aby kraść jedzenie i wodę - dlatego teraz gryzą glebę. Drzwi sklepu były otwarte, a w progu leżał zombie. Nożem upewniłem się, że nie stanowi już zagrożenia i wszedłem do budynku.

Na półkach leżał tylko kurz. Ktoś już wcześniej musiał splądrować ten budynek, co wyjaśniałoby też w pewnym sensie kwestię niskiej populacji zombie. Przeszukałem jeszcze zaplecze, ale znalazłem tylko kupę gówna. Trochę się zawiodłem, że moje poszukiwania okazały się bezowocne. Jestem człowiekiem, który stara się myśleć przyszłościowo. Nawet jeśli teraz żyjemy w miarę dostatnie, opychając się suszonymi kiełbasami i pijąc świeżą wodę ze studni, to przecież kiedyś będziemy musieli się stąd wynieść. Musimy zacząć rozglądać się za konserwami i wodą butelkowaną. Jak tylko Aaron wydobrzeje, ruszamy. Kto by pomyślał... Gdy żyłem, moim marzeniem było, żeby mieć tyle gotówki, aby sklepy poziomu "Biedronki" omijać szerokim łukiem. Teraz, gdy stary "ja" umarł, moim marzeniem jest znaleźć niesplądrowany market - stanowiący źródło zapasów, jak i będący świetną kryjówką. Cóż, jak mawiał mój dziadek - czasy się zmieniają.

Nagle usłyszałem strzał. Potem drugi. I kolejny... Wszystkie dobiegały z okolicy naszego gospodarstwa. Przestraszyłem się, bo ostrzegałem chłopaków, że mają używać pistoletów tylko w ostateczności. Pobiegłem w stronę naszego domu, tłumacząc sobie, że pewnie to tylko Jan spanikował. Próbowałem oszukać własny instynkt.

Tuż przed budynkiem zwolniłem i zacząłem się skradać. Najciszej jak umiałem. Przed tym bajzlem pracowałem na rusztowaniach dużych budynków, więc umiejętność dokładnego chodzenia miałem w miarę opanowaną. Kto by pomyślał, że do czegoś mi się kiedyś przyda ta umiejętność. Zakradłem się do okna wychodzącego na zachód. Miałem z niego świetny widok na salon, ale to, co tam zobaczyłem zmroziło mi na moment krew w żyłach. W środku były cztery uzbrojone w rewolwery postacie, które celowały do leżących na ziemi Jana i Aarona. Obaj byli nieźle poturbowani. Obok leżał ktoś, kogo nie znałem i raczej nie będzie mi dane poznać. Miał bowiem przestrzelony w czole kolejny oczodół. Czy w tym świecie nie zaznam już ani chwili normalności? Nie zaznam już nigdy szczęścia? Będę skazany tylko na przetrwanie i wieczne oglądanie się za siebie?

Nie miałem zupełnie pojęcia czemu moi kumple jeszcze oddychają. Jeden z agresorów zadawał pytania roztrzęsionemu nadal Janowi. Pewnie chodziło im o mnie, to by wyjaśniało też, dlaczego jeszcze żyją. Oblałem się potem. Nie czułem już strachu, ale paraliżowała mnie niepewność - uciec czy ratować?


Jaki jest sens naszego życia jeśli nie śmierć? Wkrótce wszystkich nas dopadnie, nie ważne jakimi byliśmy ludźmi i ile osiągnęliśmy. To coś, co nas wszystkich łączy - ludzi bogatych, biednych, zwierzęta, rośliny... Bo przecież po śmierci opuszczamy ten padołek, naszych bliskich i przyjaciół. Tracimy wszystko. Więc jaki jest sens tego życia? Może odpowiednie przeżycie tych chwil, które zesłał nam Bóg, kimkolwiek, albo czymkolwiek on jest? Postępowanie w taki sposób, aby być gotowym na wkroczenie w nową ścieżkę, którą poznamy dopiero po przejściu bariery śmierci? Kiedyś się tego dowiem, ale na pewno nie teraz. Nie chcę umierać. Nie dam się zastrzelić ratując dwójkę niedawno poznanych ludzi. Uciekłem ratując trochę zapasów ze spiżarni, której napastnicy jeszcze nie zdążyli odkryć. Nie wiem czy postąpiłem słusznie nawet nie próbując ich ratować, ale chyba liczy się to, że nadal żyję, prawda?

  • Digg
  • Del.icio.us
  • StumbleUpon
  • Reddit
  • RSS

Nawigacja



Mówi się, że nawigacja samochodowa to narzędzie szatana. Nieco to przesadzone, bo myślę, że szatan wybrałby sobie inne, ciekawsze przedmioty, ale w sumie jak inaczej nazwać piekielne pudełko, które co sto pięćdziesiąt metrów mówi tym swoim uroczym głosikiem "zawróć w lewo", bo uwidziała mu się zapomniana przez Boga trasa, gdzieś na skraju świata? Cóż... wszystko zależy pewnie od ceny. Im droższy GPS tym lepszy. Ale co w wypadku, kiedy to NAPRAWDĘ jest narzędzie szatana?

Możecie mi wierzyć lub nie, ale ta historia wydarzyła się naprawdę. Wszystko zaczęło się odkąd dostałem propozycję pracy w niewielkiej firmie produkującej silniki elektryczne, czterdzieści kilometrów od Tarnowa, miasta w województwie Małopolskim. Nigdy nie miałem dobrej orientacji, a droga do firmy (z oczywistych przyczyn nie powiem jej nazwy) była kręta i prowadziła przez wiele małych lub większych wsi. Potrzebowałem jakiejś nawigacji, przynajmniej na pierwsze kilka razy, zanim nauczyłbym się trasy. Nie miałem jednak od kogo jej pożyczyć, a w moim telefonie GPS nie działał (pewnie spadł o jeden raz za dużo). Musiałem więc coś sobie kupić. 

Nie lubię sklepów. Często to samo można ściągnąć z internetu, za znacznie mniejsze pieniądze. Usiadłem więc przed monitorem mojego wysłużonego już laptopa firmy, której nazwy też nie wymienię (bo połowa opowieści byłaby wypełniona bluzgami na jej temat) i zacząłem przeglądać internetowe oferty. Nie miałem pojęcia co kupić. Odwiedzałem niby fora i czytałem recenzje, ale opinie były tak losowe, że zdecydowałem się pokierować ceną. I tak funduszy nie miałem zbyt wiele, więc co mi szkodzi? Wylądowałem na Allegro, na normalnej, klasycznej aukcji, jakiej dawno nie widziałem. Przedmiot wystawiany został przez użytkownika Tothart. Nie posiadał on ani jednego komentarza i ani jednej sprzedaży. To była jego pierwsza licytacja. Normalnie unikam takich sprzedawców jak ognia (i nie tylko ja, skoro do tej pory nikt nie zalicytował wystawionego przez Tothrta urządzenia), ale tym razem postanowiłem zaryzykować, gdyż do końca została ledwie minuta, a nawigacja, jakiś chiński noname, wyceniony został od złotówki. Kliknąłem niepewnie „licytuj”, zastawiając się czy na pewno nie mam nic do stracenia. Jakieś ukryte kruczki, czegoś nie doczytałem? A z resztą, byłem pewien, że i tak aukcja będzie nie ważna. Sprzedawcy często ustawiali minimalną cenę, którą trzeba osiągnąć, żeby sprzedaż doszła do skutku i praktycznie nigdy takie zakupy nie wychodziły.

Dlatego kiedy po chwili dostałem e-maila, że wygrałem licytację, zacząłem się śmiać jak głupi. No ale cóż. Jakoś i tak nie spodziewałem się zobaczyć tego GPS'a. Pokręciłem głową. Było już ciemno, około dwudziestej trzeciej. Upiłem łyk herbaty i ciągle nie dowierzając w głupotę sprzedającego, przelałem tą nieszczęsną złotówkę na podane konto bankowe. Posiedziałem jeszcze chwilę na internecie, ale z racji, że mój komputer zaczął mocno przycinać, pożegnawszy jego producenta kilkoma ciepłymi słowami, rozłożyłem łóżko i ułożyłem się do snu.

Normalnie nie mieszkam w domu jednorodzinnym, a na pewno nie razem z rodzicami. Mam dwadzieścia jeden lat i jestem studentem, więc generalnie przesiaduje w Rzeszowie, wynajmując mieszkanie z moją dziewczyną. Tylko w czasie wakacji przebywałem w Tarnowie, a tę pracę o której wspomniałem wcześniej, dostałem na czas jednego miesiąca, coby wdrażać się w zawód i po skończeniu studiów móc już rozpocząć współpracę z firmą bez specjalnych przygotowań. Odpływając w krainę Morfeusza miałem świadomość, że został mi tak naprawdę ostatni tydzień luzu. Potem wolność miała się skończyć. Ta myśl nie była zbyt przyjemna, ale szybko zacząłem bardziej martwić się o nawigację. Czy zdąży przyjść? To była ostatnie, co pamiętam przed zaśnięciem.

Miałem jakieś głupie sny. Nie wiem do końca co to było, ale pamiętam fragmenty. Uciekałem. Był tam chyba las... i ciemna droga, w którą prowadziła mnie nawigacja. Chciałem tę drogę ominąć, ale ona mi kazała, nie chciała mi pozwolić jechać gdzie indziej. Kiedy jednak mi się udało zostać na głównej trasie, GPS tak skrzeczał "zawróć w lewo", że nie dało się tego znieść. Ten głos był straszny, jakby żywy...

Obudziłem się gwałtownie. Naprawdę rzadko śniły mi się koszmary i możecie nazwać mnie dziwakiem, ale ucieszyłem się. Lubiłem złe sny. Lubiłem się bać, kiedy miałem świadomość, że nic mi się nie stanie. Horrory, creepypasty... koszmary. Może to dlatego, że ogólnie jestem strachliwy i mam słabe nerwy. Nie wiem...

Nagle rozległ się dzwonek do drzwi. Zaspany spojrzałem na komórkę. Była dopiero ósma rano. Moi rodzice byli w pracy więc chcąc, nie chcąc, musiałem iść sprawdzić kogo diabli nieśli. Zarzuciłem szybko coś na siebie i niemalże zabijając się na schodach, dobiłem do drzwi. 

Nikogo nie zastałem. Rozejrzałem się nieco zaskoczony. Pomyślałem, że musiałem tak długo się zbierać, aż ten ktoś sobie poszedł. Wzruszyłem ramionami i już miałem wracać do środka, kiedy nagle zobaczyłem paczkę, leżącą na betonowym słupku od ogrodzenia. Przekląłem kuriera. Tak się załatwia sprawy... Pewnie sam się podpisał i pojechał dalej. Mógł chociaż wrzucić tę paczkę do ogródka, żeby ktoś jej po prostu nie zabrał! Zły poczłapałem po pudełko owinięte szarym papierem, sprawdziłem przy okazji skrzynkę na listy i wróciłem do domu.

Zdziwiłem się, kiedy zobaczyłem kto jest odbiorcą. Ja. Próbowałem sobie przypomnieć, czy czegoś nie zamawiałem. Oprócz nawigacji nic, ale przecież nie możliwe, żeby już przyszła. Pieniądze, ta cała nieszczęsna złotówka, nie zdążyły pewnie nawet wpłynąć na konto sprzedawcy. Zaciekawiony otwarłem paczkę. Szary papier dokładnie okrywał zwykłe, kartonowe pudełko, a to z kolei trzymało w swym wnętrzu niewielkie, czarne urządzenie z ekranem wielkim na całą przednią ścianę. Zaśmiałem się. Naprawdę udało mi się kupić tego GPS! I to praktycznie za darmo! Pokręciłem głową. Wciąż nie dowierzałem. Co prawda zastanawiało mnie, jak to możliwe, że paczka została dostarczona tak szybko, ale pomyślałem, że może sprzedawca mieszkał gdzieś blisko Tarnowa i przejeżdżał akurat obok mojego domu. Podekscytowany włączyłem urządzenie... a przynajmniej taki miałem zamiar, bo to wcale nie chciało się uruchomić. Bezceremonialnie rzuciłem GPS'a na stół. Wcale się nie przejąłem. Zdziwiłbym się, gdyby działało. Zrobiłem sobie kanapki i wróciłem z nawigacją do pokoju. Spróbowałem ją jeszcze podładować lub poszukać czegoś na jej temat w internecie, ale nie znalazłem nawet modelu czy jakiegokolwiek numeru, który identyfikowałby tego chińskiego noname'a. Wzruszyłem ramionami. 

Dzień generalnie przeminął mi szybko. Rodzice wrócili o szesnastej trzydzieści. Pochwaliłem się im o moich rewelacjach z internetowych zakupów, ale ci mi nie uwierzyli. Nie dziwie się im. Sam bym nie uwierzył. Potem poszedłem z psem na spacer, pograłem na moim rozsypującym się laptopie i tak wybiła godzina dwudziesta trzecia dwadzieścia trzy. Czemu zwróciłem na nią uwagę? Jest takie powiedzenie, że jeżeli liczba godzin równa się liczbie minut, to ktoś o tobie myśli. Śmieszne, prawda? No ale ja na to zwracam uwagę. Lecz kiedy na zegarku wskoczyła dwudziesta trzecia dwadzieścia cztery, w moim pokoju rozległa się cicha melodyjka. Serce podskoczyło mi do gardła i przerażony obrzuciłem wzrokiem całe pomieszczenie. W ciemności szybko zauważyłem, że coś na moim biurku zaczęło świecić. Stałem jak wryty, patrząc na uszkodzonego GPS'a, który sam się włączył. Serce waliło mi jak młot o kowadło, nie mogłem pozbierać myśli. Nagle skoczyłem do włącznika na światło i niemalże rozwalając plastik, pięścią zaświeciłem w pokoju.

To nie był żart, ani przywidzenie. Nawigacja naprawdę się włączała. Kręciło się niebieskie kółeczko na czarnym tle, oznaczające ładowanie systemu. Bałem się... Mieliście kiedyś tak, że się sam wam włączył telewizor, albo wentylator w komputerze? To już wywołuje gęsią skórkę, chociaż takie zdarzenia można łatwo wyjaśnić. Ale jak wyjaśnić ożycie czegoś, co miało być zepsute? Odetchnąłem głęboko. To jest elektronika. Przecież jestem studentem wydziału elektrotechniki. Doskonale wiem, że różne cuda dzieją się w takich urządzeniach. Coś, co nie ma prawa działać, działa, a coś co ma działać, nie działa. Widocznie, jak rzuciłem nawigacją o stół, jakiś styk musiał się załączyć, albo kabelek, który robił zwarcie, przestał. Nie wiem. Uspokoiłem się jednak i wziąłem urządzenie do ręki. Miało na sobie zainstalowanego jakiegoś własnego symbiana, który nie był podobny do niczego, co widziałem wcześniej. Chinole, jak zwykle musiały wymyślić coś swojego. Aż się bałem, co z aktualnością map, ale o dziwo, wszystkie drogi były na swoim miejscu. Nawet te poboczne, wiejskie dróżki, którymi tylko traktory dojeżdżają do swoich pól. 

Wyłączyłem nawigację. Nie miałem już na nią nerwów. Nie wiem czemu. Pewnie to przez to nagłe włączenie. Chciałem tylko zasnąć, choć rozkołatane serce niezbyt na to pozwalało. Założyłem jednak słuchawki na uszy i zanurzyłem się w świecie muzyki. Pomogło.

Minęło kilka dni. Nawigacja jakoś wyleciał mi z głowy. Skoro działała i miała mapy, to po co mi o niej pamiętać? Nawet staruszkowi zapomniałem się pochwalić o interesie życia, chociaż uwielbiałem, kiedy coś udawało mi się bardziej niż jemu (ojciec nigdy nie zakupił czegoś takiego za tak tanio). Zostały jednak tylko trzy dni do pierwszego dnia pracy i zaczynałem gorączkowe przygotowywania. Przypominałem sobie podstawową wiedzę na temat silników elektrycznych, kompletowałem garnitur. Pod wieczór postanowiłem również ustawić trasę z mojego domu do miejsca pracy. Pomyślałem, że głupio by było, gdyby nagle się okazało, że ta funkcja nie działa, albo, że urządzenie nie łapie zasięgu z satelitą. Wszystko jednak poszło gładko. Nawet sam system operacyjny działał płynnie, w co ciężko było mi uwierzyć. Urządzenie niemalże od razu złapało fixa (czyli znalazło satelity) i wyznaczyło trasę. Tylko jakoś tak dziwnie, końcówkę trasy brało na około, zamiast jechać prosto do celu. No nic, od tamtego momentu sam trafię. Czterdzieści osiem kilometrów, pięćdziesiąt sześć minut do celu. Nieźle. I mam tak codziennie zapierniczać? No nic. Przynajmniej tyle, że miałem na piętnastą do pracy, na drugą zmianę, więc nie musiałem się obawiać wczesnego wstawania.

Jakoś byłem zmęczony tego dnia. Krzątanina i emocje mnie wymęczyły. Mimo dwudziestej drugiej, postanowiłem się położyć. Kiedy zasypiałem myślałem tylko o nowej pracy. Zastanawiało mnie co będę tam robić, czy zepsuję wiele rzeczy i kiedy mnie wyleją. Nie należę do optymistów. Cóż... Na szczęście nie miałem zbyt wiele czasu na czarne myśli. Zasnąłem...
- Skręć w prawo! Potem trzysta metrów - prosto!

Zerwałem się, a moja ręka wystrzeliła w stronę nawigacji. Serce biło mi jak szalone, oddech przyspieszył. Co to miało być! Spojrzałem na nią zaspanym. Jakoś pierwszy mi się rzucił czas, który wskazywała na dwudziestą trzecią dwadzieścia cztery. A potem na miejsce, gdzie rzekomo miałem być. Kropka znajdywała się gdzieś pod koniec drogi, na skrzyżowaniu, które zamiast poprowadzić trasę prosto, urządzenie brało na około, przez las. Już bardziej wściekły niż przerażony, odrzuciłem je na podłogę, a sam poszedłem spać dalej.

Nie wiem co to było, ani jak GPS mógł tak się pomylić co do swojego położenia, ale następnego dnia nie zauważyłem nic dziwnego. Kropka wskazywała mój dom, a i ucieszyłem się nawet, że bateria urządzenia była tak żywotna. Postanowiłem jednak wyłączać je na noc. Próbowałem sobie wmówić, że to aby oszczędzać baterię. Metoda jednak zadziałała i ostatnie trzy dni mojego wolnego upłynęło bez żadnych niespodzianek. 

Nadszedł pierwszy sądu. Wyjechałem półtorej godziny przed rozpoczęciem pracy, na wypadek, gdybym się zgubił. Nie było jednak tak źle. Nawigacja prowadziła dobrze, a i droga była raczej wyraźna. Tylko zgodnie z oczekiwaniami, na dziwnym skrzyżowaniu GPS chciał prowadzić w prawo, zamiast prosto. Zignorowałem go. Jego kilkukrotne powtórzenie "zawróć w lewo, potem w lewo" też.

Praca wśród tony silników i urządzeń elektrycznych była nawet fajna. Trochę musiałem poświecić oczami, kiedy czegoś nie wiedziałem i znieść parę pełnych rozczarowania westchnięć, ale szybko się uczyłem i nawet pracodawcy powoli się do mnie przekonywali. Osiem godzin pracy minęło mi w mgnieniu oka i kilka minut przed dwudziestą trzecią znalazłem się w samochodzie. 

Włączyłem nawigację. Ta poprowadziła mnie do domu naokoło, przez las. Tak jakby ta prosta droga od skrzyżowania do firmy nigdy nie istniała. Zignorowałem urządzenie. Potrzebowałem jej potem, w tych bardziej zawiłych partiach drogi. Rzuciłem GPS'a na fotel pasażera i ruszyłem w trasę. 

Byłem pewien, że nawigacja zacznie mnie prowadzić do domu. Ale tak się nie stało. Na skrzyżowaniu kazała mi skręcić w lewo, w ten przeklęty las.
- Skręć w lewo! Potem trzysta metrów - prosto!

Trzysta metrów? Przecież ta droga między drzewami ciągnęła się co najmniej kilka kilometrów. Zataczała łuk dookoła jakiegoś pagórka i prowadziła prosto do mojej firmy. Taka trochę bez sensu trasa. 

Minąłem skrzyżowanie, jadąc po swojemu. Czekałem, aż trasa nawigacji się zaktualizuje.
- Zawróć w lewo, potem, w prawo!
- Nie - odburknąłem. - Pogięło cię? 
- Zawróć w lewo - odezwała się znowu.

Zatrzymałem samochód. Musiałem nie przestawić trasy do domu. Wziąłem urządzenie i sprawdziłem ustawienia... Faktycznie. Punkt docelowy wskazywał na tą dziwną ulicę ciągnącą się przez las. Te chińskie GPS'y... Ustawiłem znów na dom. 

Ruszyłem. Nawigacja rozpoznała kierunek ruchu.
- Cztery kilometry prosto, potem, w prawo.
- No! - Zawołałem z zadowoleniem. 

Nie minęło nawet kilka minut. 
- Zawróć w lewo!

Serce zatrzepotało mi ze strachu. Znowu zatrzymałem się na poboczu i sprawdziłem urządzenie. Punkt miała tam gdzie wcześniej, na tej dziwnej drodze. 
- Ty durna, elektroniczna krowo! - Krzyknąłem. 

Zaczynałem być podenerwowany. Nie wiedziałem, jak wrócić do domu, ale nie poddawałem się. Znów ustawiłem na dom i rzuciłem urządzenie na fotel. Nawet nie poczekało aż ruszę.
- Zawróć w lewo!

Przekląłem. Dziadostwo się zepsuło. Przyszło mi zapłacić za moje skąpstwo. Mogłem kupić normalnego GPS w sklepie, a nie od jakiegoś ruska za złotówkę... Ruszyłem mimo to. Postanowiłem jechać z pamięci. 
- Zawróć w lewo!
Mówiła cztery kilometry prosto. Potem w prawo. Okej, to to jeszcze wiem. 
- Zawróć w lewo!
Czekaj... Pamiętam ten przystanek. Tak! Jestem na dobrej drodze.
- Zawróć w lewo!
Dojechałem do skrzyżowania. Skręciłem w prawo. Droga była ciemna. Mijałem rozwidlenia. 
- Zawróć w lewo!
Jezu, nie pamiętam tej drogi. Nigdy nie jechałem tak pod górę ani z góry. Moment... Skręcę w prawo.
- Zawróć w lewo!
Nie. Wjeżdżam w jakiś las. Nie jechałem przez żaden las. Zawracam.
- Dwa kilometry prosto, potem w prawo.
- Wal się! - Rzuciłem do nawigacji. 

Zerknąłem na nią. Dalej pokazywała na drogę w lesie... Jezu! Zatrzymałem się z piskiem opon. Byłem dwa kilometry przed skrzyżowaniem. Tym, co droga na wprost prowadziła do firmy, a w prawo do lasu. Przerażony, po prostu zacząłem ją wyłączać. Nie chciałem jej słuchać!
- Pożałuj... - usłyszałem, coś pisnęło i na ekranie nawigacji zapanowała ciemność.

Patrzyłem się na nią z szeroko otwartymi oczami. Czy ona coś mówiła przed wyłączeniem, czy to tylko jakiś błąd z dźwiękiem? Otwarłem okno i wywaliłem GPS'a. Ruszyłem gwałtownie. Dyszałem ciężko, serce mi trzepotało. Wracałem do firmy. Ktoś tam musiał jeszcze być. Strażnik, współpracownicy, ktokolwiek. Spojrzałem na komórkę. Dopiero dwudziesta trzecia piętnaście.

Zaczęła robić się mgła. Przekląłem znowu. Przejechałem przez skrzyżowanie. Droga w prawo prowadziła w niemalże czarny las. Tylko raz tam zerknąłem i za żadne skarby nie miałem zamiaru tam wjeżdżać. Po kilku minutach dojechałem pod bramę. Była zamknięta na głucho. Bałem się wychodzić. Biała mgła wirowała wolno nad czarnym asfaltem, pobliskie drzewa szumiały złowrogo, wiatr jęczał. Ale w stróżówce i tak nikogo nie było. Ta firma miała w ogóle wynajętą jakąś ochronę? Przekląłem. Nie miała. Jeden ze współpracowników o tym mówił. W placówce nikogo już nie było. Wziąłem głęboki oddech. Spróbowałem się uspokoić. Przecież powrót nie mógł być taki trudny. Musiałem się tylko kierować w dobrym kierunku. Po za tym, mogłem przecież wykorzystać mapę wgraną do GPS'a! Ręką chciałem chwycić urządzenie na fotelu, ale nic nie znalazłem. Zaskoczyło mi, zamrugałem oczami. Czy ja naprawdę to wyrzuciłem? Ruszyłem szybko w tamto miejsce, ale już z daleka widziałem, że na środku przeklętego skrzyżowania coś leży, świecący się monitorek. Tutaj to wywaliłem? Nie pamiętałem. Czułem, że wyjście z auta to bardzo zły pomysł. Dlatego zatrzymałem się tuż obok i siedząc, chwyciłem GPS'a przez otwarte drzwi. Wytyczona trasa prowadziła w las. Godzina wskazywała dwudziestą trzecią dwadzieścia dwa. 
- W lewo! - Przemówiło urządzenie.

Nie wierzyłem w to, co robię. Zarzuciłem jedynkę i powoli wjechałem w las. Było tak przenikliwie ciemno, że nawet długie światła niewiele pomagały.
- Trzysta metrów, do celu!

Zbierało mi się na płacz, trzymałem kierownicę tak mocno, że myślałem, że ją wyłamię. Oddychałem szybko, płytko. Bałem się rozglądać. 
- Dwieście metrów, do celu! 

Wytężałem wzrok, ale tylko przed siebie. Zaświeciłem światło w kabinie. Chciałem mieć jasno, chciałem światło. Jezu, co ja robię...
- Sto metrów, do celu.

Jechałem dwadzieścia na godzinę, ale zacząłem zwalniać. Nie chciałem dojechać do celu. Bałem się. Nie chciałem też patrzeć na ekran GPS'a. Nie. Chciałem stamtąd odjechać!
- Jesteś u celu. 

Spojrzałem mimowolnie na zegarek, tak jak to się robi, żeby sprawdzić, czy dojechało się na czas. Dwudziesta trzecia dwadzieścia cztery.

Usłyszałem ryk silnika. Potem zobaczyłem światła z naprzeciwka. Auto jechało prosto na mnie. Wrzuciłem wsteczny, z piskiem zacząłem cofać. Zjechałem z asfaltu i uderzyłem tyłem w drzewo. Obce auto odbiło w ostatniej chwili i wpadło w poślizg. Pisk opon. Samochód wypadło z drogi, wyrżnął z hukiem bokiem w drzewo. Nagle wszystko ucichło. Tylko światła rozbitego pojazdu mrugały z małymi trzaskami i nagle zgasły. 

Otrząsnąłem się, wypadłem z samochodu i podbiegłem do obcego auta. Zawinęło się dookoła drzewa od strony kierowcy. Nie dotarło do mnie, że nikt nie miał szans tego przeżyć. Próbowałem otworzyć drzwi z drugiej strony, ale się zakleszczyły. Wyciągnąłem komórkę, drżącymi palcami wykręciłem sto dwanaście. Sygnały połączenia ciągnęły się w nieskończoność, zajrzałem do środka, ale było ciemno. Ciemno jak nigdy nie widziałem. Jakby sama istota czerni była zamknięta w tym samochodzie.
- Komenda powiatowa w Tarnowie.
- Ja... Tu był wypadek! Samochód, cały zmiażdżony! - Wyjąkałem. Nie myślałem, nie wiedziałem co się dzieje.
- Gdzie to się stało?
- Jezu, nie wiem! Było skrzyżowanie, i skręt w prawo, w las! 
- Proszę zachować spokój, namierzymy pana. Wysyłam jednostkę. Czy ktoś jest ranny...

Oczywiście, że był ranny. Ktoś, kto prowadził ten samochód nie miał szans przeżyć. Najpierw przyjechała policja z pogotowiem, próbowali dostać się do wraku. Kilka minut później pojawili się strażacy z ciężkim sprzętem. Otwarli auto. Wiecie co się okazało? On tam był już od tygodnia. Od tygodnia! Tę drogę na wprost, którą nawigacja ignorowała, wybudowano dosłownie kilka tygodni wcześniej. Miała być skrótem, żeby nie trzeba było przedzierać się przez las. Nikt już starą trasą nie jeździł. Nikt nie znalazł nieszczęśnika, który rozsmarował się na drzewie.

Polica szybko ustaliła co się stało. Tamtego feralnego dnia padało. Mokra nawierzchnia, zbyt duża prędkość. Jak zwykle. Samochód wpadł w poślizg. Tak jak widziałem. Lekarze stwierdzili godzinę zgonu. Dwudziesta trzecia dwadzieścia cztery. Ale wiecie co jest najgorsze? We wraku znaleziono pudełko od nawigacji. Tak. Dokładnie tej, którą kupiłem na Allegro. Potem sprawdziłem. Użytkownik Tothart nigdy nie istniał...

Wiem, że mi nie uwierzycie. Ale musiałem tym się z wami podzielić. Nawet jeśli uważacie, że to bujda, przynajmniej mnie wysłuchaliście... Dzisiaj znów nie zasnę. Dwudziesta trzecia dwadzieścia cztery. Nawigacja ponownie się zaświeciła...

  • Digg
  • Del.icio.us
  • StumbleUpon
  • Reddit
  • RSS

Legenda Czarnego Smoka



Jakie jest jego imię? On sam nie wie. Nie pamięta go, a może nigdy go nie miał. Wiedział jednak kim jest. Lecąc ponad innymi, mogąc patrzeć na świat z góry, napawał się tą myślą praktycznie bez końca. Ludzie na ziemi go nie widzieli, większość nie wiedziała jak patrzeć, a inni po prostu go nie dostrzegali. On to lubił. Nie musiał się niczym przejmować. Gdyby go zauważono w jego postaci, mógłby mieć problemy. W końcu jak zwykły człowiek miałby zrozumieć istotę, która jest smokiem? On był takim stworzeniem, bestią, pokrytą czarnymi łuskami i o ogromnych, matowych skrzydłach, drgających mu delikatnie na zimnym wietrze. On wiedział kim jest, miał oczy. I cieszył się ponad wszystko, że nie jest jednym z wielu, tam na ziemi.

Wiedział też jaki jest jego cel. Walka. Uwielbiał ją. A było z kim walczyć. Świat jest mroczny, pełen cieni, które żywią się strachem i rozpaczą. Z każdym dniem ich liczba rośnie. Są one tworzone przez samych ludzi. Owszem, nieświadomie, ale jednak. A on z nimi walczył. Nie, żeby je pokonać. To niemożliwe. Żeby chronić.

Mrok go znał. Potężniejsze demony porywały się na niego, chcąc pożreć mu duszę. Walczył z nimi. Arogancko, brawurowo, wściekle. Furia była jego ogniem. Palił. Często palił, choć parzyło to i jego. Ale był uzależniony od płomieni. Uwielbiał patrzeć, jak te bezczelne byty, które śmiały do niego podejść, ginęły w jego ogniu. To go cieszyło. Czasami, wcale nie rzadko, walczył też za innych ludzi, gdy któryś go zainteresował. Odpędzał od nich cienie, pokazywał drogę. A potem ci odchodzili przetartym szlakiem, ciesząc się szczęśliwym losem. Jego to bawiło.

Tak naprawdę nie wiedział jak trafił do świata ludzi. Na początku był człowiekiem, jak inni. Z jedną różnicą. Umiał patrzeć. Widział dusze, widział otaczające go barwy i kolory. Nauczył się ich używać. Kontrolował własny los, potem mógł wpływać na los innych. Z jego ciała zaczęły wyrastać skrzydła, a skórę porastać łuski. Ale długo nie mógł się wzbić i nie wiedział dlaczego. Zmuszony był żyć na ziemi, ukrywać się. Przyjaciele zapominali o nim jeden po drugim a cienie i mrok stały się jego jedynymi towarzyszami.

Ale wtedy pojawiła się ona. Wyglądała jak zwykły człowiek, ale on wiedział, że nim nie jest. Widział jej duszę. Głęboko uśpioną i zmarnowaną. Była tym samym co on, smokiem. Ale mrok, który ją otaczał... był znacznie ciemniejszy niż jego własny. To dla niej wyszedł z cienia, dla nie wzbił się pierwszy raz w niebo. Dla niej odpędził jej demony, choć sam borykał się z własnymi. Zakochali się w sobie.

Żyli razem długo. Czarnołuski dzień za dniem odpierał kolejne watahy cieni, które próbowały pochłonąć jego miłość. Sam marniał a jego skrzydła stawały się postrzępione i poszarpane na krańcach. Ale walczył. Wierzył w nią. WIDZIAŁ w niej smoka, ale ten nie chciał się przebudzić. Było mu dobrze w uśpieniu, kiedy ktoś walczył za niego, poświęcając własną duszę. Ona się nie budziła. On tracił siły. Trzymał się długo, ale w końcu upadł na ziemię. Lecz nawet wtedy walczył dalej. Zasłonił ją własnym ciałem, przyjmując na siebie ataki, których nie umiał już odbijać. Nikt nie widział jego błagalnego wzroku, nikt nie słyszał jego żałosnego jęku. Obudź się! Obudź się! Ale się nie budziła. W ostatniej chwili otwarła jednak oczy, tak! Widziała co się dzieje, że musi wstać, że musi walczyć! Ale... cofnęła się o krok... potem drugi, patrząc na armię ciemności w przerażeniu. Czarnołuski pokręcił głową. Widział to w jej oczach. Nie... Tylko nie to.

Odwróciła się i uciekła. Patrzył jak znika w świetle, kiedy on sam został pośród szalejącej ciemności. Upadł, jego tarcza rozprysła się na milion kawałków. Na moment nastał spokój. Padał deszcz, krople roztrzaskiwały się na jego nieruchomym ciele. Bał się. Czy gdyby był silniejszy, ona by została? Czy gdyby postąpił inaczej, przebudziłaby się? Spojrzał w błoto, na którym leżał. Czy miał być pierwszym smokiem, który straci duszę?

Słyszał zbliżające się demony. Już nie cienie, a potężne potwory, chcące skosztować samego smoka. Uśmiechnął się. Długo im bruździł. Ale pora zasnąć... Stwory otoczyły go, okryły swym czarnym jak węgiel mrokiem. I wtedy... pojawiło się światło. Syknęło. Walcz! Znał ten głos. Znał ten blask. Pamiętał. Walcz! Nie miał już sił. Cień pochłaniał jego duszę. Pozwalał mu na to. WALCZ! Nie mógł!

Jesteś żałosny.

Coś w nim zaskoczyło. Otwarł oczy, choć zobaczył tylko czerń. Żałosny? Powoli podnosił się na drżących nogach. Nie... Nie jestem... W powietrzu strzeliła iskra. Wiec walcz. Zamknął oczy, pokonał ból. Będę walczyć! I zapłonął wokół ogień. Walczył z najpotężniejszymi demonami. Swoim strachem. Palił jeden za drugim, a one, choć uderzały, nie mogły się przebić przez jego ogień. Furia wypełniła jego duszę, wypleniła mrok. On zaryczał w niebo i wstrzelił w górę. Własnymi szponami i kłami rozrywał ciemność. Zdradziła go! Ona go zdradziła! Wyżywał się na cieniach, niszczył ich egzystencję. A kiedy przepadł ostatni wróg, bezsilnie upadł na ziemię. Światło wtedy popłynęło do niego i otoczyło go blaskiem. Teraz ja cię będę chronić, mówiło. Kiedy ciemność przepadła, choć ledwo widział cokolwiek, dostrzegł ją, białołuską smoczycę.

Od tamtej walki minęło dużo czasu. Jakie jest jego imię? Nie wiedział. Wiedział natomiast, że uwielbiał latać i patrzeć na świat z góry. Gdyż miał dla kogo. Spojrzał w bok. Obok niego frunął stwór o białych łuskach i pięknych skrzydłach. Lecieli Razem. Znał jej imię. Brzmiało ono Zaithis. Kiedy byli razem, mrok trzymał się od nich z daleka. Kilka potężniejszych demonów spróbowało na nich swych sił. Zawsze przepadały. Razem byli niepokonani. Razem byli... szczęśliwi.


Koło się zatoczyło.

  • Digg
  • Del.icio.us
  • StumbleUpon
  • Reddit
  • RSS

On był silny



Padał deszcz, zionął mrok, pochłaniał jego dusze, pochłaniał go całego. Padał deszcz, na jego ciało, nieruchome i zimne, czy jeszcze żywe? W błocie jest smok, skrzydła rozłożone, krańce poszarpane i w kościach złamane. Wzrok nieobecny, wpatruje się gdzieś w ciemność. Znikło jego światło, znikło na zawsze!

Kiedyś był silny, kiedyś niezniszczalny. Walczył z ciemnością, walczył z całym światem. Łuski miał twarde, skrzydła ogromne. Oczy tak żywe i lśniące, prawdziwe. Zobaczył ją, tak zniszczoną, ale duszy dostrzegł śpiew. Lament jej łez, skowyt jej żalu, mrok ranił jej duszę, pożerał ją!

Widząc to, zapłonął ogniem. Rzucił się w ciemność, ochronił ją. Walczył z demonem, walczył z potworem, ciemność i mrok rozświetlał ogniem. Kiedyś był silny, kiedyś niezniszczalny, ale ona dała mu sens. Dla nie trwał, dla niej walczył, jego moc się nie kończyła!

Miał wtedy cel, miał za co walczyć, miał wiarę w życie i odwagę wejść w szranki. Bo był z nim ktoś jeszcze, bo był z nim przewodnik, miał przyjaciela, lgnął do swej miłości. Była tak piękna, była tak barwna, jej dusza przyciąga, zwodzi i mami.

Dla niej walczył, dla niej konał, dla niej zabijał demony ciemności. Ale ona nie dostrzegła w smoku nic. Dla nie cierpiał, dla niej płakał, dla niej chłoną ciemność noc. Ale ona nie do strzegła w smoku nic!

Kiedyś był silny, kiedy niezniszczalny, ale tracił duszę swą. Kiedyś był silny, kiedyś niezniszczalny, ale nikło światło w nim! Demonów, potworów, było za dużo przegrywał z nimi. Ciemności i mroku, było za dużo, dławiły w nim ogień, gasiły w nim światło!

Ale walczy, ale walczył, ona nie widział co zrobić! Ale walczy, ale walczył! Ona nie wiedział cóż zrobić! On już wiedział, on już widział! Przyjdzie przegrać z ciemnością! Stracił skrzydło, ale leciał! Stracił drugie, spadł na ziemie, ale nadal walczył o nią! Mrok pożera, mrok ogarnia, ale on ciągle walczył o nią! Ciemność zżera jego ciało, ciemność truje jego umysł, ale on ciągle walczył o nią!

Kiedyś był silny, kiedyś niezniszczalny, ale przegrał bitwę swą! Kiedy był silny, kiedyś niezniszczalny, ale umrzeć w końcu przyszło mu! To ostatni jego zryw, to ostatni jego dech, resztkiem sił osłonił ja! To ostatni jego ruch, to ostatni jego czyn, własną duszą spalił mrok!

Wygrał to, wygrał to. Przegonił mrok, ocalił ją. Ale ona, ale ona, nie dostrzegła w smoku nic! Dokonał to, zwyciężył mrok, ale ona porzuciła go! Wygrał ze światem, wygrał z ciemnością, ale ona pokonała go! Wygrał z demonem, dokonał niemożliwego, ale to ona zdradziła go!

Kiedyś był silny, kiedyś niezniszczalny, ale teraz padał deszcz. Kiedyś był mocny, kiedyś siał postrach, lecz teraz leżał, czy ciągle żywy? Zbliżał się mrok, zbliżała ciemność, żądna zemsty i żadna krwi. Noc wygrała z nim, otuliła go, a on nie mógł zrobić nic!

Zawył w żalu, zawył w łzach, a aniołowie słyszą go! Zawył z rozpaczy, zawył bez dumy, a aniołowie słyszą go! Zeszły z góry, zeszły z nieba, zeszły łkając swą żałosną pieśń! Otoczyły smoka, światłem rozpaczy, a on z nimi śpiewa ich pieśń.

Mrok ustępuje, demony wściekłe, wszystkie atakują go! Ale on, podnosi się, choć skrzydła połamane ma. Żal daje mu siłę, a rozpacz mocy, wybucha ogniem z łzami zmieszany! Znów pali wszystko, znów walczyć mu przyszło, choć pokonany został już! Jego własny, jego własny, jego własny, jego własny, własny płomień trawi go! A on dalej, w akcie gniewu, pali ciemność, pali wrogów, on tak bardzo pragnie krwi!


Kiedyś był silny, niepokonany, ale padł wyczerpany, została pustka...

  • Digg
  • Del.icio.us
  • StumbleUpon
  • Reddit
  • RSS

Fragment sesji „Gniew bogów”.



Czasami zdarza się tak, a właściwie zawsze, że grając w sesję RPG trafia się fajny moment, wart upamiętnienia. Ten był jednak tak fantastyczny, że postanowiłem FAKTYCZNIE uwiecznić sytuację, która przydarzyła się moim graczom. Te długie minuty, podczas których zwijaliśmy się ze śmiechu, po prostu nie mogą pójść w niepamięć. Jeśli kiedyś trafią się podobne akcje, nawet nie zawaham się zrobić z tego serii.

Słowem wstępu: dzielna drużyna poszukiwaczy przygód właśnie wróciła z wyprawy do swojego zamku, zwanego Twierdzą na Kościanym Wzgórzu. Podczas ostatniej przyprawy (swoją drogą wrócili żywi tylko dlatego, że bojowy rumak wojownika dokończył za nich zadanie) udało im się pokonać potężnego gnoma iluzjonistę, a wśród jego skarbów znaleźli magiczny sztylet, który sprawiał, że każda zabita nim istota zmieniała się w cienistą kopię i przez dwanaście godzin służyła swojemu zabójcy. Po tym jednak czasie dusza odzyskiwała wolę i zazwyczaj ogarniała ją niezwyciężona chęć zemsty...


~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Gwar i typowe odgłosy remontowe zamku niosły się głośno po całym dziedzińcu. Twierdza z pewnością miała swoje lepsze momenty, ale nie było źle, szczególnie odkąd jej właściciel zmienił się na rosłego, młodego wojownika. Właśnie tenże człowiek stał na blankach swojej posiadłości spoglądając gdzieś w dal i wymieniając co jakiś czas pojedyncze słowa z towarzyszącym mu wielkim łowczym królewski. Oboje zachowywali niezwykle poważne miny i dumnie napięte ciała, kiedy nagle praktycznie niezauważalny ruch malutkiej jaszczurki wytrącił łowcę z zamyślenia. Zaczął on z zainteresowaniem przyglądać się zwierzęciu i po chwili niespodziewanie zeskoczył po gruzach murów w dół skał, chcąc coś zbadać. Wojownik, widząc to pokręcił głową i odwrócił się na pięcie, musząc zdecydować co zrobić z uwięzionym gnomem, który zresztą ciągle siedział związany w jego plecaku.

W tym samym czasie łowca dotarł do tajemniczego zwierzęcia. Gad zdawał się nic nie robić z obecności człowieka, więc ten dobył cichaczem swój nowy sztylet i delikatnie zbliżył się do ofiary. Jego upośledzony wąż, siedzący mu na ramieniu, przekrzywił głowę, znów robiąc ten swój niezwykle głupi wyraz pyska. Zasyczał krótko. Jaszczurka usłyszała dźwięk, ale nie zdążyła zareagować. Czarne ostrze przebiło ją na wylot.

Łowca przyjrzał się broni. Z jej klingi nagle zaczął parować czarny dym i moment później obok niego stanął cienisty klon jaszczurki, czekającej na spełnienie każdego rozkazu swego pana. Mężczyzna uśmiechnął się złowieszczo...

Zanim dzień się skończył, a nie wiele do tego brakowało, na zamku przeprowadzono jeszcze szybkie głosowanie co zrobić z kłopotliwym gnomem. Bardka przyszła na zebranie pijana, orkowa zaklinaczka zaproponowała wyrzucenie go przez okno, druid chciał przeprowadzić na jego ciele kilka eksperymentów (wszystko oczywiście w imię natury), a wojownik sugerował kamieniowanie, powieszenie, spalenie na stosie i tym podobne rozrywki. Ostatecznie jednak zdecydowano, żeby wyrzucić gnoma gdzieś we Wrotach Baldura i niech oni się martwią małym, gadatliwym wypierdkiem o niespełnionych ambicjach. Po tym wydarzeniu, wszyscy udali się do swych komnat, żeby odpocząć po przygodach całego dnia.

Następnego ranka łowca powstał z pierwszymi kurami. Zorientował się bowiem, że jego jaszczurka za niedługo będzie chciała odgryźć mu głowę, więc nieco desperacko rozejrzał się po pomieszczeniu, szukając jakiegoś pudełka. Okazało się jednak, że na jego komodzie stała pusta, bogato zdobiona szkatułka. Mężczyzna bez zastanowienia chwycił skrzyneczkę i zamknął w niej cienistą istotę. Przez moment nic się nie działo, lecz nagle wieko podskoczyło delikatnie, potem mocniej, aż nagle już wtedy wróg wyskoczył na powierzchnie i bez zastanowienia zaatakował swojego mordercę. Który z nich pierwszy zareaguje? Niewidzialne kości potoczyły się po wielkim stole bogów, jakim był świat. Łowca instynktownie sięgnął po swój sztylet przy bucie, lecz nagle okazało się, że go tam nie ma. Prawdę mówiąc brakowało mu też buta na nodze, a jakby przyjrzeć się dokładnie mężczyźnie, to wprawny obserwator zauważyłby, że w ogóle nie jest on odziany. Nagi musiał się więc bronić rękami.

Wróg skoczył i zaatakował cienistymi pazurami. Bohater próbował uniknąć ataku, lecz potwór zdołał go drasnąć po skórze. Złość zrodziła się w sercu łowcy i wściekłym ruchem chwycił on przeciwnika! Ale cóż to? Kości losu znów potoczyły się własnymi ścieżkami. Jakimś sposobem jaszczurka zdołała wytrącić sprawnego człowieka z równowagi i wywróciła go na ziemię, gryząc przy okazji w dłoń. Łowca rozpaczliwie wyciągnął rękę po sztylet w bucie, który leżał przy ścianie. Zabrakło mu dosłownie milimetrów, zanim jaszczurka znów przewaliła go po podłodze. Oboje chwilę się szamotali, lecz w końcu bohaterowi udało się dorwać do broni. Pokrwawiony i poraniony drobnymi ranami, uśmiechnął się złowieszczo. Teraz cień nie miał szans. Zaatakował, szybko i bezlitośnie. Niestety filigranowe stworzenie nie miało większych problemów z unikiem i skoczyło na głowę łowcy, drapiąc mu pazurami po potylicy.

W tym samym czasie, koło pokoju walczącego na śmierć i życie łowcy przechadzał się właściciel zamku, dzielny wojownik, którego przyciągnęły dziwne dźwięki. Uchylił on drzwi i kiedy ujrzał nagiego mężczyznę, ryczącego, warczącego i szarpiącego się z cienistą jaszczurką, zamknął je tak jak stał. Jak gdyby nigdy nic ruszył dalej. Chociaż nie. Cofnął się i przystawił drzwi pobliską komodą. Obawiał się, że cokolwiek przed momentem zobaczył, może się rozprzestrzenić na cały zamek. Po tym czynie, zadowolony udał się na poszukiwanie kasztelana.

A walka trwała dalej. Przeciwnicy walczyli tak zawzięcie, że żaden nie zauważył niespodziewanej wizyty. Cienisty stwór ugryzł po raz kolejny łowce, ale ten w końcu zdołał złapać uparte stworzenie i zanim to ugryzło go znowu w palce, dźgnął je sztyletem.

Dopiero wtedy zorientował się, że w ręce dzierży nie zwykłe ostrze, a to magiczne, tworzące inne cienie. Chociaż był pewien, że właśnie tą broń schował do swego ekwipunku, a zwykły wsadził do buta, nie mógł wiedzieć, że złośliwa bardka podmieniła je w nocy, mając nadzieję na jakąś hecę. I się jej udało. Pokonany przeciwnik rozpłynął się w powietrzu, a ze ostrza wypłynął kolejny cień jaszczurki, czekający na polecenia swego władcy.

Powieka łowcy zaczęła skakać w niekontrolowanej wściekłości. Sztywnym krokiem podszedł on do ściany i chwycił swój łuk, oraz jedną strzałę. Bez celowania zaatakował nową jaszczurkę. Po prostu wypuścił śmiercionośny pocisk, a ten przeszył potwora na wylot, uśmiercając go na miejscu... i odbił się kamiennej podłogi, rozbijając okno.

Łowca wzruszył ramionami, starł krew, w końcu się przyodział i zapragnął opuścić swoją komnatę. Ale cóż to? Dziwy nad dziwami! Drzwi pozostają zamknięte! Hmm... ktoś widocznie musiał przystawić je z drugiej strony komodą, pomyślał bohater. Nie zastanawiając się więc wiele, wygramolił się przez okno i zaczął sprawnie schodzić w dół.
***

- Żołnierzu! – zawołał wojownik, podchodząc do jednego ze swych łuczników, patrolującego akurat dziedziniec. – Czy nie wiesz gdzie podziewa się kasz...

W tym momencie jego słowa zagłuszył huk rozbijanego szkła. Odłamki okiennicy posypały się dookoła niego, a zaraz obok głowy przeleciała mu strzała. Właściciel zamku zmarszczył brwi i ze stoickim spokojem podniósł pocisk. Spojrzał do góry, skąd posypało się szkło i wtem dostrzegł łowcę, gramolącego się przez okno. Schodzenie w dół całkiem dobrze mu szło. Za dobrze...
- Żołnierzu. Twój łuk – polecił wojownik.

Strażnik podał mu swą broń, a ten naciągnął cięciwę i wymierzył w nic niespodziewającego się mężczyznę, zwisającego na ścianie zamku jakieś sześć metrów nad ziemią. Świst. Pociski przeciął z gracją powietrze i pięknie wbił się prosto w rzyć łowcy. Ten wrzasnął i puścił się krawędzi. Chwilę spadał, ale ostatecznie uderzył głucho o bruk, łamiąc kilka kości i przebijając pośladek strzałą na wylot.
- Oddaję strzałę! – zawołał do niego i zwrócił broń oniemiałemu żołnierzowi.

Łowca nie podnosił się jednak, a dalej wrzeszczał i zwijał się z bólu. Wojownik przewrócił więc oczami i podszedł do poszkodowanego. Spojrzał na rannego krytycznym wzrokiem i sprawnym ruchem unieruchomił go kolanem. Złapał za strzałę.
***

- Masz jakieś punkty w leczeniu?
- Nie ^^.
***

Złapał za strzałę i złamał ją przy samej lotce, a następnie przeciągnął ją przez całą ranę. Coś nie chciała wyjść, więc spróbował wypchnąć ją z drugiej strony. Łowca wrzeszczał niemiłosiernie. Popłakał się wręcz z ból i zaczął błagać o dobicie.

Krzyki przyciągnęły uwagę reszty poszukiwaczy przygód. Ciągle pijana bardka wytoczyła się na dziedziniec i spojrzała tępym wzrokiem na rannego. Czknęła nagle i śmiejąc się głupio, oparła się o ścianę. Orczyca również wyszła na dwór, lecz bardziej przyciągnął ją zapach krwi, niż dźwięki. A tej było coraz więcej. Również zaczęła się przyglądać łowcy i wojownikowi. Na samym końcu pokazał się druid, wychyliwszy się ze swego okna. Był on jedyną osoba w drużynie, która mogłaby coś wskórać w zaistniałym problemie. Widząc sytuację, nie czekał ani chwili i zaczął schodzić na dół.

Zanim dotarł, łowcy udało się wyjąć utknięty kawałek strzały, ukazując piękny tunel przez jego ciało. Drużyna zaczęła się zastanawiać się co dalej, lecz drzwi z pobliskiej wieży zamkowej rozwarły się gwałtownie i wraz z odlatującymi, białymi gołębiami, ukazał się w nich druid. Szybkim krokiem podszedł on do poszkodowanego, przyjrzał się ranie i wyciągnął rękę. Bardka momentalnie domyśliła się o co chodziło i podała mu butelkę ze spirytusem. Druid zmrużył oczy i w pełni profesjonalnym głosem przemówił:
- Nadstaw dupę. Będzie bolało.

Nie czekając na reakcję, polał ranę alkoholem. Ciecz wylewała się na wylot, wrzaski łowcy były słyszane w promieniu dziesiątek kilometrów. Po tym dobył pochodni i zaczął przypalać ranę. Wrzaski, choć wydawało się to nie możliwe, zyskały na sile.
- Nie trzeba najpierw go znieczulić? – zapytał wojownik, jak gdyby nigdy nic.

Gdy Druid skończył już z ogniem, zmarszczył czoło i skomentował słowa wojaka, ciągle w pełni profesjonalnym głosem:
- Fakt. Zapomniałem.

Chwycił łowcę za głowę i uderzył nią o ziemię. Nastąpiła błoga cisza, którą wszyscy przyjęli z rozkoszą.
- Skończyłem – skomentował druid i wrócił do wieży.


Istotnie. Przedstawienie zakończyło się, więc drużyna wróciła do swoich spraw. Tylko wojownik zlitował się nad łowcą i zaniósł jego bezwładne ciało do jego komnaty. Na przeprosiny, zostawił mu na szafeczce flakonik z niebieskim płynem – miksturę lekkiego leczenia.

  • Digg
  • Del.icio.us
  • StumbleUpon
  • Reddit
  • RSS

Jedna noc



Jedna noc to najdoskonalszy one-shot pod względem technicznym, jaki udało mi się napisać. Sama opowiastka została stworzona kilka lat temu, ale ciągle wysyłanie jej na konkursy sprawiło, że była ona udoskonalana i poprawiana niezliczoną ilość razy. Osobiście uważam, że moje aktualne umiejętności pisarskie nie są wystarczające, żeby wyciągnąć z tego coś więcej.

Ta króciutka historia opowiada o pewnym jeźdźcu, który wybrał się w przejażdżkę konną po Bieszczadach. W trakcie podróży zdarza się jednak coś niesamowitego. Odkrywamy, że nasz bohater jest kimś więcej, niż tylko człowiekiem...
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Jedna noc

Cichy stukot podkutych kopyt rozległ się w powietrzu. Dźwięk ten momentalnie wywołał zaciekawienie wśród wielu turystów, wybierających się akurat tą drogą na przyjemną wycieczkę po bieszczadzkich górach. Zgodnie z oczekiwaniem, ujrzeli oni konia, karego wierzchowca, stępującego płynnie przed siebie po bulwarze. Rumak tu i ówdzie rzucał zaciekawione spojrzenia, parskając z rzadka na niektórych przechodniów, w zachowaniu stanowiąc kompletne przeciwieństwo swego jeźdźca – spokojnego, a nawet nieco znudzonego mężczyznę. Był on niewysoki i raczej drobnej postury, swym odzieniem sprawiając wrażenie jakiegoś podróżnika, pochodzącego z całkiem innych krajów. Cały jego ubiór był skórzany, koloryzowany w różnych tonacjach popielatego i niebieskiego. Na nogach nosił wyczyszczone na błysk oficerki, tułów okrywał długi płaszcz podróżny, a oczy przysłaniał mu duży, kowbojski kapelusz. Nieliczni obserwatorzy byli w stanie dostrzec nikły uśmieszek, tańczący na twarzy podróżnika, skrytej pod okryciem głowy. Lecz po niedługiej chwili, stukot kopyt utonął w ryku pobliskiej rzeki, zmąconej tego dnia przez nocny deszcz. Turyści stracili zainteresowanie nieznajomym...

Jeździec jednak podążał dalej. Po jakimś czasie brukowany deptak dobiegał końca. Szlak wskazywał, że podróżnik powinien skręcić w las, na wyznaczoną ścieżkę. Zrobił to. Oddał swojemu wierzchowcowi trochę luzu, ażeby koń mógł bez przeszkód skupić uwagę na podłożu. Jadąc między drzewami, otoczeni jedynie przez przyrodę, obaj się odprężyli. Co kilka chwil zaszumiał mały, niewidoczny strumyk, co krótki moment zaśpiewał ptak. A czas płynął leniwie, nieśpiesznie. Jeździec nawet nie zauważył, kiedy minął chłód poranka. Zamglone powietrze rozwiało się i teraz słońce mogło bez przeszkód prześwitywać przez liście koron drzew.
 
Kilka chwil później podróżnik dojechał do niewielkiej, płytkiej rzeki. Szlak skręcał w prawo. On jednak kazał rumakowi jechać na wskroś potoku. Koń niepewnie stawiał nogi w zimnej wodzie, dokładnie zastanawiając się nad każdym krokiem. Nosem niemalże dotykał tafli, próbując wypatrzyć potencjalne zagrożenie w postaci luźnych kamieni i ukrytych dołków. Jeździec uśmiechnął się szeroko widząc ostrożność konia. Potok sięgał wierzchowcowi zaledwie pęcin. Ale gdy w końcu dotarli na drugi brzeg, koń wrócił do normalnego tempa. Teraz jechali przez kompletną dzicz, choć mężczyzna sprawnie manewrował między gęstymi krzewami, powalonymi drzewami i innymi przeszkodami. Sprawiał wrażenie kogoś, kto doskonale zna drogę. Jego samopoczucie polepszało się z każdym przejechanym metrem. Myśl o nadchodzących wydarzeniach, o kończącym się okresie oczekiwania, wprawiała go w fantastyczny nastrój.

Przeminęła godzina, potem następna... Jeździec dotarł na niewielką polanę, gdzie postanowił się zatrzymać, zaraz obok starego, powalonego drzewa. Jego zegarek wskazywał piętnastą trzydzieści cztery. Miał dużo czasu. Zsiadł więc z konia i rozsiodłał go nieśpiesznie. Założył mu kantar i przywiązał długim uwiązem do pobliskiego pnia. Koń od razu zaczął skubać trawę. Tymczasem podróżnik rozkulbaczył z siodła spory zwitek materiału i linek. Namiot miał już trzydzieści lat i nosił ślady wielu wypraw. Żeby go rozłożyć, podróżnik musiał znaleźć dwa solidne kije, potrzebne do podparcia zielonej płachty materiału, co nie stanowiło trudnego zadania. Widać było wprawę w ruchach mężczyzny, rozbijającego obóz. Jeszcze tylko rozpalił ognisko i usiadł obok wierzchowca, opierając się o pień. Zwierze spojrzało na niego żywymi oczami, przeżuwając trawę.

Minął jakiś czas. Podróżnik dopijał już trzecią herbatę, zaparzoną w starym, stalowym imbryku. Oczekiwanie przeciągało się, a każda minuta złośliwie trwała znacznie dłużej niż zwykle. W końcu jednak leniwe słońce poczęło tonąć wśród drzew, czerwieniąc się jakby ze złości, że musi ustąpić ciemności. Zrobiło się chłodno. Do tej pory w miarę spokojny i cichy las zaczął nabierać życia. Symfonia dźwięków i głosów nabierała na sile, wraz z pogłębiającą się nocą. Jeździec ubrał płaszcz i dorzucił opału do ognia. Koń natomiast niezbyt przejmował się nocnym koncertem, patrząc zaintrygowany na wychylający się zza drzew jasny księżyc w pełni. Zwierzę próbowało zrozumieć o co chodzi w tym zjawisku. Było inteligentne, ale nie wystarczająco. Koń doszedł do wniosku, że tak po prostu jest i nie ma co się nad tym rozwodzić. Skubnięcie jeszcze raz trawy było ciekawszym zajęciem.

Mężczyzna wstał nagle, zakładając kapelusz na głowę. Wreszcie nadszedł czas. Podszedł niespiesznym krokiem do swojego konia i odpiął mu kantar. Karosz spojrzał na człowieka zainteresowanym wzrokiem. Coś wisiało w powietrzu.

Tarcza księżyca zajaśniała niespodziewanie. Smugi światła poczęły spływać z nieba niczym śnieżny puch, sunący po górskim stoku. Światło zalało mężczyznę i konia wypełniając im cały świat. Dookoła nich zaczęły powstawać kolory. Były one jasne, lecz nierozróżnialne przez ludzie oko. Barwy powoli zaczęły przybierać kształty, żeby nagle eksplodować, rozpryskując się po całym świecie...

Znaleźli się na równinie, zewsząd otoczonej odległymi górami, wierzchołki których ginęły w gęstych chmurach. Z rzadka pojedyncze promienie słoneczne przebijały się przez niewielkie otwory w białych obłokach, padając na piękne, różnokolorowe kwiaty, dumnie prezentujące swe płatki wśród bujnej trawy, falującej lekko w rytmie powiewów wiatru. Całość zapierała dech w piersiach i ktoś, kto nie miał jeszcze okazji spoglądać na ten krajobraz, mógłby istotnie poczuć się nieco oszołomiony widokiem.

Ale nie przybysze, dla których nie był to pierwszy raz. Koń otrząsnął się. Nie lubił tego momentu zmiany. Od niechcenia spojrzał na swojego pana. Nie zobaczył człowieka, lecz duże, pokryte łuskami stworzenie o błoniastych skrzydłach, białych kolcach na grzbiecie i długim na kilka metrów ogonie. Nie zdziwił się. Za każdym razem tak było. Fioletowy smok stał przez chwilę w bezruchu. Nagle jednak podniósł głowę i zaczął wypatrywać czegoś na niebie. W oddali pojawił się niewielki, czarny punkcik. Rósł on z wolna, przybierając najpierw kształt, potem kolor. Wkrótce, przed nimi wylądowała przepiękna smoczyca, o srebrno-szarych łuskach, naznaczonych czarnymi liniami; o skrzydłach niezbyt szerokich lecz imponujących; o niebieskich, szparkowatych oczach, z których biła ogromna inteligencja; o ciele smukłym, poruszającym się z pełną gracją i płynnością, począwszy od dumnie uniesionej głowy, kończąc na długim ogonie, czubek którego kołysał się w rytmie pulsującej krwi smoka.

Koń niecierpliwił się. Była jedna rzecz, która podobała mu się w tym miejscu – nie odczuwał żadnych trosk ani strachu przed czymkolwiek. Magia biegu nie była niczym skażona, a pozostawała jedynie czysta esencja galopu. Chciał pędzić bez opamiętania... Ale smoki patrzyły się tylko na siebie. Zdawały się chłonąć każdą chwilę. Nagle oba rzuciły się na siebie, wpadając w utęskniony uścisk. Ich ogony splotły się w jedno, tak jak całe ciała, a dwie pary skrzydeł schroniły tulące się stworzenia przed całym światem. Minęła długa chwila, zanim się rozłączyły. Smoczyca podeszła do znudzonego konia, który ożywił się momentalnie. Wierzchowiec patrzył na łuskowatą istotę wielkimi oczami, dysząc ciężko. Zwierze się jej nie bało, lecz dwa razy większe stworzenie przytłaczało go. Ona zniżyła głowę na poziom oczu konia i przyjrzała mu się. Ciężko było wyczuć co myśli smok, lecz jej oczy nie wyrażały wrogości, a nawet można było dostrzec iskrę przyjaźni. Dotknęła nagle swym pyskiem nosa karosza, po czym odwróciła się szybko i wzbiła w niebo. Fioletowołuski przyglądał się tej scenie z zainteresowaniem. Ruszył za smoczycą, wręcz emanując radością. Koń kompletnie nie wiedział co o tym myśleć. Próbował jakoś interpretować zachowanie skrzydlatej istoty, lecz kiedy zorientował się, że został w tyle, ruszył biegiem za lecącymi towarzyszami.

W powietrzu smoki czuły, że żyją. Ale dopiero będąc ze sobą, osiągnęły szczęście... prawdziwie szczęście. Latały dookoła siebie, tańcząc w podniebnym tańcu. Ich ciała stykały się bez przerwy. Smoczycy pociekło kilka łez radości. Krople spadały długo na ziemię targane wiatrem, kiedy jedna z nich znalazła się metr nad ziemią, nagły podmuch, wywołany przez przebiegającego obok konia, pchnął ją na duży, czerwony kwiat. Płatki zalśniły w słońcu.

Czas minął tak szybko... tak beztrosko. Smoki nie chciały się rozstawać. Leżały na skraju dużej przepaści, oglądając zachodzące słońce. Koń stał kawałek za nimi, czekając na powrót. W jego oczach odbijała się już prawie niewidoczna, pomarańczo-czerwona tarcza. Przybysze wiedzieli... ich czas się skończył. Ten moment był zawsze najtrudniejszy. Smoczyca ostatni raz przytuliła się do ciała ukochanego, lecz nie poczuła go już. Ze smutkiem zdołała jeszcze dostrzec rozwiewający się fioletowy pył...
***

Rankiem podróżnik znów wjechał na deptak. Rzeka biegnąca wzdłuż bulwaru opadła znacznie i uspokoiła się, nie szumiąc już tak intensywnie jak poprzedniego dnia. Przypadkowi turyści zaciekawieni przyglądali się jeźdźcowi... On zamyślony nie zwracał na nich uwagi. Jego wędrówka na razie dobiegła końca. Poprawił swój kapelusz, ukrywając oczy. Z jego kamiennej twarzy nie można było nic wyczytać.
– Nienawidzę was... – mruknął jeździec do swojego konia. Ten zerknął do tyłu, słysząc głos swego pana. – Bo przez to, że was tak kocham, nie mogę wrócić...

Stukot podkutych kopyt roznosił się w powietrzu...

  • Digg
  • Del.icio.us
  • StumbleUpon
  • Reddit
  • RSS

Furia i ogień


W 2013 USA postanawia zaatakować Syrię nieznanym pierwiastkiem o ogromnym potencjale energetycznym. Okazuje się jednak, że był to największy błąd w dziejach ludzkości, który zapoczątkował Apokalipsę. Wybawienie może przynieść tylko jedna istota, ale proszenie ją o pomoc jest kolejnym krokiem w nieznane. Czy człowiekowi uda się przetrwać? 

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Człowiek boi się nieznanego. Ludzie muszę mieć pewne podłoże, zanim zrobią następny krok, bowiem każdy błąd może się okazać dla nich ostatnim, a jedna nieprzemyślana decyzja, katastrofalna w skutkach. Mówi się, że niektórzy dźwigają na swych barkach większą odpowiedzialność, niż inni. Ich pomyłka ma być gorsza w skutkach. To prawda, ale porażka dla każdego jest taka sama. Każdy ma swoją rzeczywistość, z którą musi się mierzyć. Dla dziecka utrata lizaka w błocie, strata domu przez głowę rodziny czy generał, który przegrywa wojnę... Wbrew pozorom to wszystko to samo. Konsekwencje są tylko różne. A wystarczyłyby skrzydła, które uratują nas przed niepewnym grząskim gruntem...

Przed dwoma laty popełniono taki błąd. Człowiek zrobił na ślepo wielki krok na przód, mając nadzieję na lepsze jutro. Ale ziemia okazał się zdradziecki. W jednej chwili wszystko to co miało znaczenie, przepadło... Jedyną nadzieją okazało się zrobienie kolejnego kroku, który mógł się okazać albo wybawieniem, albo anihilacją. Jeden człowiek musiał zadecydować o losie całego świata, nie mając pewności czy w ogóle istniała droga wyjścia.

Tak... Porażka dla każdego człowieka jest taka sama. Wszystko jest tylko kwestią konsekwencji...
***

Odgłos szybkich kroków niósł się krótkim echem w pustym, obskurnym korytarzu. Słabe światło, bijących zimnym blaskiem ze świetlówek, rozjaśniało skutecznie mrok, choć co kilka metrów ciemność zdołała przetrwać na niewielkim obszarze. Gdzieniegdzie pojedyncza kropla wody skapywała z popękanych i zardzewiałych rur, a ze sklepienia odrywał się prawie niewidoczny pyłek starego tynku. Jedyne co nie pasowało do tej scenerii to świeżo położone, grube kable, biegnące od początku korytarza, aż do jego samego końca.

A ten miał być już niedaleko. Człowiek szedł pośpiesznie, niemalże przechodząc chodem w trucht. Był podenerwowany, zestresowany. Pot spływał mu po wysokim czole, serce biło jak szalone, a klatka piersiowa, choć szybko, ledwie co się unosiła. Ale nawet generał armii USA miał prawo znaleźć się w takim stanie, w obliczu decyzji, którą miał podjąć. Wysoki mężczyzna zmierzał ku dużym, stalowym drzwiom, zabezpieczonych elektronicznym zamkiem. Nawet nie zwrócił uwagi, kiedy przypadkowa kropla rozbiła się o jego wyjściowy, choć mocno zabrudzony i zakurzony mundur. Wygląd nie miał jednak już znaczenia. Teraz liczyło się tylko przetrwanie.

Stanął przed wrotami, wbijając wzrok w jasno świecący panel numeryczny. Musiał to zrobić. Nie było innego wyboru. Podniósł rękę i wklepał palcem ośmiocyfrowy kod. Drzwi zasyczały i rozsunęły się nieśpiesznie, ujawniając duże, nowoczesne laboratorium, wyglądem kompletnie różniące się od poprzedzającego go korytarza. Wszędzie porozstawiane były stoły, z sufitów zwisały ekrany, a na samym środku stał wielki, holograficzny stół, wyświetlający nad sobą akurat układ kostny jakiegoś stworzenia. Już sama projekcja robiła wrażenie, ale nie można było zignorować wielkiego okna, za którym znajdywało się coś w stylu szklanego więzienia, zawieszonego nad nieskończoną przepaścią. W miejscu odosobnienie leżało jakieś stworzenie, ale akurat widok zasłonił mu niski, łysy, ubrany w garnitur mężczyzn.
- Generał Tom Werington! - zawołał szybko gospodarz. - Nazywam się John Gribson, jestem dyrektorem tej placówki.

Wojskowy obrzucił wzrokiem nieznajomego od stóp do głów. Znał tylko jego nazwisko, bowiem nie miał okazji spotkać się z naukowcem w przeszłości. Choć w raportach i listach Gribson sprawiał wrażenie człowieka pewnego i stanowczego, w rzeczywistości okazał się być nieco nerwowy. Niekontrolowane pocieranie dłoni o dłoń i pocenie, zdradzało go.
- Widziałem filmy i czytałem raporty, panie Gribson. Ale chcę to zobaczyć na własne oczy – zakomunikował Werington.
- Oczywiście!

Dyrektor wskazał ręką i oboje ruszyli w stronę okna, żeby lepiej przyjrzeć się uwięzionemu stworzeniu. Zobaczyli śpiące zwierze o czarnych łuskach, podpierając głowę kościstymi łapami. Miało ono długi ogon, matowe skrzydła i białe kości grzbietowe. Choć z początku generał nie chciał w to uwierzyć, stał oko w oko z istotą, którą spokojnie można było nazwać smokiem. Fascynacja ogarniała całe jego wnętrze, ale na zewnątrz zachowywał zimy spokój.
- Co o tym wiemy? – kontynuował po chwili ciszy wojskowy. – To jedno z nich?
- Demon? Nie – odparł szybko Gribson. – Na pewno nie demon. Znaczy... On walczył z nimi. Jak pan czytał, SCP dwa-dwa-siedem został złapany pod Waszyngtonem, kiedy sam pokonał dziesiątki wrogich jednostek. On WIE jak z nimi walczyć, generale!
- SCP dwa-dwa-siedem... – mruknął Werington pod nosem.
- Nie możemy ciągle ustalić pochodzenia – kontynuował dyrektor. - Ale lepiej poszło nam z budową jego ciała. Wszystko wskazuje na to, że należy do parafiletycznej grupy owodniowców...
Generał, jak tylko usłyszał pierwsze niezrozumiałe słowo, spojrzał groźnie na na naukowca. Wystarczyło.

- Jest gadem – sprostował szybko rozmówca – ale stałocieplnym. Na dodatek lata i może mówić w naszym języku, co jest najbardziej niesamowite. Z biologicznego punktu widzenia to niemożliwe! Jego struny głosowe...

Generał westchnął zmęczony i przerywając kolejny ślinotok, rzucił krótkie:
- Połącz mnie z nim.

Po to właśnie tu przyszedł. Ta istota była ich jedyną nadzieją. Gribson obrócił się do tyłu i skinął na jednego z naukowców w białym fartuchu, który zdawał przysłuchiwać się ich rozmowie. Ten zaczął coś klikać na swoim tablecie i nagle po całym labolatorium rozległy się trzy krótkie piknięcia, oznaczające rozpoczęcie jakiejś procedury. Momentalnie w pomieszczeniu zrobił się ruch. Badacze wymieniali się informacjami, nawoływali i przygotowali do operacji. Niespodziewanie, na większości monitorach wyskoczył obraz smoka, nagrywany z kamer pod różnymi kontami. Po tym, gdzieś z rogu sali dobiegł donośny głos:
- Wykonuję połączenie za trzy, dwa, jeden... SCP was słyszy.

Wojskowy nie odrywał wzroku od obcej istoty. Nawet w sumie nie wiedział jak zacząć. Powinien się przedstawić, czy może od razu wysunąć żądania. Jako generał, miał całkiem bogate doświadczenie, ale życie nigdy nie mogło go przygotować na tę chwilę. Nie mógł jednak już się wycofać. Przetarł dłońmi oczy, westchnął i zaczął mówić:
- Nazywam się Tom Werington i jestem główny generał armii Zjednoczonych Stanów Ameryki. Chcę z tobą rozmawiać.

Smok nawet nie drgnął, a jego powieki ciągle pozostawały zamknięte. Wojskowy czekał krótką chwilę na odpowiedź, lecz nic się nie wydarzyło. W laboratorium panowała kompletna cisza. Nie tak sobie wyobrażał tę konwersację...
- Nazywam się Tom Werington. Jestem głową amerykańskiej armii. Chcę z tobą rozmawiać! – powtórzył, lecz ze znacznie podniesionym tonem.
Stwór dalej pozostawał nieruchomy i zdawał się spać w najlepsze. Wojskowego zaczynała ogarniać wściekłość.
- On na pewno mnie rozumie? – warknął na dyrektora.
- T-Tak! – zająknął się Gribson. – Udawało się nam nawiązać kontakt wcześniej!
Werington uderzył pięścią w szybę.
- Chcę! Z tobą! Rozmawiać!
Brak reakcji. Atmosfera robiła się naprawdę gęsta...
- Niech go szlag! – przeklął Tom z furią i wybiegł po niewielkich schodkach, prowadzących do tunelu łączącego szklane więzienie z laboratorium. – Otwieraj to!
- Ale... – jęknął naukowiec, lecz generał nie miał zamiaru słuchać.
- Otwieraj do cholery!

Był wściekły. Losy jego kraj... całego świat wisiały na włosku, a jedyna istota, która mogła coś wiedzieć, po prostu sobie z niego kpiła! Drzwi zasyczały, ujawniając przejście. Wojskowy impulsywnym krokiem ruszył do środka, wyciągając z kolby pistolet, szybkim ruchem odbezpieczając broń. Otwarło się drugie przejście, przez które Werington przeszedł bez zastanowienia. Drwi zamknęły się za nim i nagle dotarło do niego, że znalazł się sam na sam z istotą, której kompletnie nie zna. Gniew był jednak silniejszy od zdrowego rozsądku.
- Cały świat zbliża się do końca, a do cholery to sobie z nas kpisz! JAK TO ZATRZYMAĆ! – ryknął, machając pistoletem.
Smok uchylił powiekę i zerknął na człowieka. Podniósł głowę.
- Twoja dusza – powiedział cicho, nieco chrapliwym głosem.

Mężczyzna znieruchomiał, wytrącony dziwnym zdaniem z równowagi, ale wściekłość nie dała się tak łatwo pozbyć. Smok zaczął w końcu reagować, co było dobrym impulsem dla generała, żeby doskoczyć do istoty i rzucić jakąś groźbą, ale... instynkt mu na to nie pozwolił. Stworzenie było dwukrotnie od niego wyższe, nie mówiąc już o długości i szerokości. Musiało ważyć przynajmniej z tonę.
- Jak pokonać demony!? – krzyknął wojskowy jeszcze raz.

Nie brzmiał jednak już tak groźnie jak wcześniej. Jego mina musiała go zdradzać, bo stworzenie wstało i zrobiło ku niemu kilka kroków, patrząc się na niego z góry. Cała pewność Tom momentalnie uleciała, a nogi ugięły się pod nim, jakby zrobione waty.
- Chcą pokonać demony, które sami stworzyli. Człowiek robi kolejny krok przed siebie – smok z każdym zbliżał się do generała. – Podejmuje kolejne ryzyko.

Mężczyzna czuł coraz większą presję. Nie mógł znieść świdrującego wzroku istoty. Walczył jednak. Miał silny charakter i nie miał zamiaru dać się złamać, lecz gniew i tak wyparował bezpowrotnie.
- Walczyłeś z nimi. POKONAŁEŚ ich! – kontynuował stanowczo Werington. – Chcę wiedzieć jak to zrobiłeś!

Smok zatrzymał się tuż przed swoim gościem i schylił głowę, patrząc mu prosto w oczy. Wojskowy ledwo powstrzymywał się od jęku rozpaczy. Jak on to robił! Czemu czuł się taki marny w obecności tego majestatycznego stworzenia?
- Pięć lat temu na ziemię spadł czarny kryształ – przemówił gad, wbijając wzrok w sklepienie więzienia, jakby próbując odnaleźć myśli. – Człowiek odnalazł go i odkrył drzemiącą w nim moc. Użył, żeby ograbić i zniszczy swojego pobratymca.
- Atak na Syrię w dwa tysiące trzynastym... – zrozumiał mężczyzna.
- Ale człowiek nie mógł wiedzieć, że czarny kryształ urzeczywistnia intencje. Że to nie jest przedmiot przeznaczony dla niego, a tym bardzie który umiałby użyć. Zawiść, egoizm i czyste zło w jednej chwili stały się żywe i zapragnęły one dokładnie tego samego, co ich twórca. Władzy – smok spojrzał znów na swojego gościa, zupełnie jakby go winił za czyny sprzed pięciu lat.
- Tak, zaatakowaliśmy Syrię Xinturem, ale ktoś musiał zareagować na ich groźby! – bronił się Tom. – Przecież...
- Zaatakowaliście dla pieniędzy! – warknęło zirytowane stworzenie. – Wasz „Xintur”! To nie przypadek, że ten meteoryt uderzył w Ziemię! Czarny kryształ miał być mój! Miał pozwolić wrócić mnie, tobie i innym smokom do domu, ale człowiek zmarnował go dla własnych żądz, tworząc zamiast tego niezliczoną armię demonów, zajmującą powoli cały świat!

Generał znieruchomiał. Smok powiedział „tobie”. Nie przesłyszał się, usłyszał to wyraźnie, mimo chrapliwego głosu. Ale... nie rozumiał.
- Mnie? – wyjąkał.
- Jesteś smokiem – wyjaśniła istota, znacznie spokojniejszym tonem. – Tym samym co ja. Ale o słabej duszy. To teraz nie ważne.

Czarnołuski nachylił się nad swym rozmówcą, prawie dotykając go pyskiem. Znów spojrzał się na niego tym strasznym wzrokiem, jakby wypatrując coś, czego zwykły człowiek nigdy nie dostrzeże. Trwał tak chwilę, kiedy nagle przemówił, bardzo cicho i zimno, niemalże sycząc słowa.
- Pięć lat temu człowiek zrobił krok i okazał się on błędem. Przywołał do życia moc, której nikt nie jest w stanie pokonać. Ale smok nie musi grać według reguł. Smok może pokonać to co niepokonane. Ale smok potrzebuje pomocy. Armii i informacji.

Generał nie spuszczał wzroku. Choć bardzo chciał, nie zrobił tego. Opanował swoje emocje i zachował zimną krew. Był dowódcą całej amerykańskiej armii. Nie ugnie się pod pod niczyim wzrokiem, choćby samego diabła!
- Co chcesz w zamian za pomoc.
- Ludzie nie mają nic, co mógłbym chcieć – syknął.

Odsunął się trochę od wojskowego. Zdawało się, że gad nabrał nieco szacunku dla rozmówcy, kiedy ten odzyskał pewność siebie.
- Więc czemu to robisz? – zapytał hardo.

Latający jaszczur zamyślił się nagle, wbijając wzrok w ziemię. Po chwili spojrzał na przez szklaną ścianę na naukowców, którzy przysłuchiwali się rozmowie. Mruknął:
- Bo wśród ludzi... wśród tych zdradzieckich, znienawidzonych przeze mnie ludzi są tacy, na których mi zależy.
Znów nastał moment ciszy, zakłócany jedynie przez bzyczenie lamp.
- Dostaniesz oba – zdecydował Werington.
I tak nie miał już nic więcej do stracenia.

- Choć to nie człowiek zrobił kolejny krok, dalej był pod ludzką postacią. Nie mógł się wznieść, jeśli decyzja okaże się błędna. Mógł tylko liczyć na złudne szczęście – zarecytował gad i po raz kolejny spojrzał generałowi w oczy. – Muszę wiedzieć gdzie jest teraz czarny kryształ. Mogę stłumić jego moc, ale demony będą się bronić. Musicie je zatrzymać, dopóki nie pokonam czarnego kryształu. Proste, nieprawdaż?

Wojskowy odniósł dziwne wrażenie, że istota rozweseliła się znacznie. Czyżby obawiała się, że nie dostanie pomocy od Toma? Zaczynał mieć podejrzenia.
- Jak drut – mruknął do siebie.
***

Świat nie był już taki jak kiedyś. Nie chodziło nawet o ogólnie panującą, paskudną atmosferę, odczuwaną na każdym kroku, czy o ludzi, przerażonych i pozbawionych nadziei. Widoczne były prostsze zmiany. Słońce jakby słabiej świeciło, niebo nabrało czerwonego odcienia, a wszelka roślinność po prostu usychała. Wyglądało na to, że nawet sama ziemia się poddała, akceptując swój los, więc czy była dla ludzkości nadzieja, kiedy nawet natura ginęła w mgnieniu oka?

Od rozmowy Toma Weringtona ze smokiem minęły niecałe dwa dni. Generał miał ciężki orzech do zgryzienie, próbując przekonać prezydenta, Josha Windstona, do akceptacji jego planu i wypuszczenia jaszczura. Głowa państwa początkowo nie chciała zgodzić się na coś tak ryzykownego ale w końcu odpuścił. Wygrał jeden argument. Brak innych alternatyw.

Był jednak jeden problem. Czarny kryształ widziano ostatni raz w jednej z tajny, amerykańskich baz wojskowych, gdzie umiejscowiono go w pocisku ziemia-ziemia i wystrzelono na Syrię. To właśnie podczas detonacji rozpętała się plaga demonów, dziwnych, powykręcanych stworzeń o szarym, zwęglonym ciele. Nikt potem nie miał już czasu zastanawiać się nad losem niewielkiego kamienia, ale pierwsza myśl na ten temat była prosta – musiał zostać zniszczony w eksplozji. Smok jednak zarzekał się, że kryształ przetrwał i trzeba go odnaleźć. Uruchomiono więc wszystkie możliwe systemy szpiegowskie, a tych, trzeba było przyznać, USA miało dużo. Satelity, bezałogowce, nagrania z kamer przemysłowych i podsłuchy sieci internetowej. Zlokalizowanie poszukiwanego przedmiotu nie zajęło dużo czasu.

Okazało się, że leżał w Niemczech, gdzieś w okolicach Karlsruhe. Nikt nie wie jak on się tam znalazł, ale w promieniu kilkudziesięciu kilometrów nie miała prawa przetrwać żadna żywa istota. Demony wypełniały praktycznie każdy metr kwadratowy, zniszczona została cała infrastruktura i nawet ziemia popękała, przyozdabiając apokaliptyczny krajobraz głębokimi wyrwami, sięgającymi kilometry w głąb ziemi.

Właśnie tam musieli się dostać, w sam środek piekła...
***

Turbiny dużego transportowca C130 wyły niemiłosiernie, wwiercając się w mózg czarnołuskiego smoka. Odgłos pracujących silników zaczynał go doprowadzać do szału i nawet zasłanianie uszu szponami nic nie dawało. Mógł tylko leżeć nieruchomo, oczekując na upragniony zrzut i walkę z ucieleśnieniem ludzkiego zła. Naprawdę wolał to, niż ten nieznośny dźwięk. Po około kilku godzinach lotu, jaszczurowi udało się wyłączyć, popadając w głębiny własnego umysłu. Dlatego w pierwszej chwili nie usłyszał słów, kierowanych prosto do niego.
- Smoku? – krzyknął zaniepokojony generał Tom Werington, widząc stan istoty. – Wszystko dobrze?
Głos człowieka ledwo przedzierał się przez huk turbin. Gad otworzył oczy i uchylił jedno ucho.
- Nie. Nie jest dobrze! – syknął czarnołuski w odpowiedzi. – Człowiek tworzy różne dźwięki, ale ten jest zły!

Wojskowy wskazał na przedmiot trzymany w ręce. Wyglądało to na coś w stylu specjalnie zmodyfikowanych słuchawek, które istota pokroju smoka mógł założyć. Widząc je, jaszczur z ochotą odsunął szpony i pozwolił sobie założyć sprzęt. Nastąpiła błoga cisza.
- Szkoda, że tak późno – skomentował czarnołuski z ulgą.
- Wybacz, elektryk musiał polutować parę kabli. – usłyszał głos Toma w słuchawkach. – Plan jest prosty. Za kilkanaście minut dotrzemy do celu. Rangersi zabezpieczają teren, a ty robisz swoje, zrozumiano?
- A jak myślisz? – zapytał gad z nutką kpiny, widząc, że generał zapomniał do kogo mówi.
- No tak... – mruknął zakłopotany, drapiąc się po brodzie.

Przybysz zamilkł, wbijając wzrok w metalowe podłoże. Wyglądał, jakby zbierał myśli. Łuskata istota doskonale wiedziała o co przybysz chce zapytać, ale oczekiwała cierpliwie. Nie mogła wywoływać konsekwencji kroku, który nie został jeszcze postawiony. Wojskowy podniósł nagle wzrok i spojrzał prosto w oczy smoka. Jaszczura mimo wszystko zaskoczyła nagła fala śmiałości. Radio w jego uszach znów zaszumiało nieznacznie:
- Powiedziałeś, że kryształ miał posłużyć do powrotu twojego, mojego i innych tobie podobnych. Powiedziałeś też, że jestem smokiem. Wyjaśnisz?

Czarnołuski zdawał się uśmiechać, choć wargi jego pyska nie mogły się poruszać. Zdradzały go oczy.
- Wyjaśnię – odparł. – To miejsce jest... więzieniem. Życie wśród ludzi jest karą, a czasami jedyną drogą ucieczki. Wyrzuty sumienie, brak akceptacji samego siebie czy nawet nieznośny żal po stracie kogoś ważnego... Znaleźliśmy się tu z wielu powodów, ale jedno nas łączy. To jak bardzo jesteśmy żałośni – jego głos ścichł, wypełniony mroczną nutą. – Jesteśmy tchórzami, którzy nie potrafili poradzić sobie z otaczającą nas rzeczywistością. Jesteśmy przegranymi, którzy polegli w bitwie o własną duszę... Nasze iskry są słabe.
Nastała cisza. Generał nie wiedział co powiedzieć. Te słowa go... przerażały.
- Moja tęsknota do Domu wybudziła mnie ze snu wśród ludzi. Nauczyłem się kim jestem i jak kontrolować swój los. Pomagałem innym smokom zrozumieć ich duszę i walczyłem, żeby choć trochę pomóc w ich cierpieniu. To jednak nie przybliżało mnie do powrotu. Zrozumiałem, że sam muszę zbudować most łączący ten i nasz świat. Możesz tego nie rozumieć, ale smoki widzą uczuciami. Emocje to potęga, która wypełnia każdą duszę i przestrzeń dookoła nas. To moc, która kształtuje rzeczywistość. Ten świat jest pełny tej potęgi, i własną duszą udało mi się skrystalizować trochę tej mocy do cielesnej postaci. Z nieba spadł kamień, który miał pozwolić nam na ucieczkę z tego więzienia. Ale nie wiedziałem, że będzie on aż tak przesiąknięty ludzką podłością. To nie przypadek, że ucieleśnione emocje spadły właśnie w Ameryce. Los wiedział, że człowiek użyje je do czegoś złego. A tylko tego trzeba było, żeby wywołać zniszczenie. I oto jest, przepowiadana od tysiącleci apokalipsa, mająca zakończyć wszelkie istnienie. Ale ja nie pozwolę, żeby bliscy memu sercu czuli ten sam strach przed końcem, który ja kiedyś czułem. – Zasyczał złowrogo. – Nie pozwolę, żeby to się już stało.
- Ale czemu tylko ty stałeś się smokiem? Czemu inni są dalej ludźmi? – dopytywał się generał.

Jaszczur zamknął oczy. Nieświadomie poruszył skrzydłami.
- Bo moja wiara była największa. Wplotłem własne intencje, kiedy użyto czarnego kryształu. Ułamek jego mocy przywrócił mi ciało...
- Żółte światło, żółte światło. Dziesięć minut do celu. – oboje usłyszeli obcy głos w słuchawkach.
- Jak zamierzasz to wygrać? – chciał jeszcze wiedzieć Werington. – To jest dość istotny szczegół, który jakoś do tej pory nie wyjawiłeś.
- Tak samo jak każda bitwę w moim życiu... – mruknął, wbijając wzrok gdzieś przed siebie.

Nagle samolotem wstrząsnęło gwałtownie. Generał zachwiał się, lecz złapał się skrzyni z zaopatrzeniem. Smok zerwał się na równe nogi, prostując skrzydła. Czuł wroga.
- Atakują nas! Wrogie jednostki powietrzne na wschodzie i zachodzie!
- Wypuść mnie! – warknął jaszczur.

Generał podbiegł do sterownika, zaraz obok bramy ładowni i walnął pięścią w przycisk. Ogromna klapa zaczęła się opuszczać. Właśnie w tym momencie samolot przechylił się gwałtownie.
- Do wszystkich jednostek! – krzyknął Tom, łapiąc się jakiegoś uchwytu. – Za wszelką cenę kontynuować lot! Misja się nie zmieniła! Powtarzam! Misja się nie zmieniła!

Hol uchylił się już w połowie. Czarnołuski wciągnął powietrze w płuca i wybił się z pokładu wypadając na powierzchnię. Czerwone słońce oślepiło go na moment, lecz na wyczucie zawrócił ostro i zaatakował wrogiego demona, wbijając szpony w jego niematerialne, czarne ciało. Znacznie mniejsza istota o niezidentyfikowanym kształcie nie miała szans się obronić i ryknęła tylko piskliwie, kiedy gad wyszarpał pazury. Smok nawet nie spojrzał jak pokonany wróg zamienia się w gęsty dym, tylko od razu wystrzelił przed siebie.

Otaczało go wiele ogromnych samolotów, transportowców przenoszących mające go chronić wojsko. Pierwszy raz widział jak konwój jest duży i na moment ogarnął go szok – nie spodziewał się tak wielu żołnierzy. Nie miał jednak czasu na podziwianie widoków. Jeśli czegoś nie zrobi, wiele transportowców w ogóle nie doleci do celu. Powietrze zaroiło się od demonów. Stwory atakowały pojazdy, próbując za wszelką cenę strącić je z nieba, ale kiedy zobaczyły smoka, najbliższe czarnołuskiego ruszyły na niego.
Jaszczur wpadł na pomysł. Machnął mocniej skrzydłami i wypruł do przodu, próbując wyminąć jeden z samolotów. Przegonił pojazd, ale z ledwością. Był niewiele szybszy od pędzących maszyn, ale nie zwolnił nawet odrobinę. Odbił trochę w bok i wyminął jeszcze ich kilka, lecz z każdym następnym przychodziło mu to coraz ciężej. Tracił siły. Ale widział jak demony jeden za drugim odrywały się od transportowców, rzucając się w pogoń za nim. A o to mu chodziło
- Dobrze! – syknął do siebie zdyszany. – Gońcie mnie!
- Co ty chcesz zrobić, smoku?! – usłyszał głos generała w słuchawkach.

Nie odpowiedział. Nie miał siły na to. Machał skrzydłami najszybciej jak potrafił, ale zaczynało brakować mu tchu. Każdy mięsień jego ciała powoli przestawał współpracować. Choć starał się jak mógł, nie mógł dogonić już kolejnego samolotu. Swoje ciało smoka dostało dopiero niedawno i nie znał jeszcze jego możliwości, ale i tak był głupcem! Chciał nadążyć za samolotem pędzącym co najmniej pięćset kilometrów na godzinę! Co on sobie myślał!

Nie odwracał głowy, z obawy przed utratą równowagi. Najprędzej wpadłby wtedy w wirniki transportowca za nim, a i tak wiedział, że demony siedzą mu na ogonie. One w przeciwieństwie do niego, nie męczyły się. Musiał to rozegrać inaczej. Odbił w bok i zniżył pułap, równając z którymś z pojazdów. Resztkami sił utrzymał się na równi z samolotem i wylądował mu na grzbiecie, wbijając pazury w kadłub. Ześlizgiwał się moment, ale zdołał się utrzymać. Nie mógł się jednak ruszyć, wiatr oślepiał mu oczy, a demony nadciągały na niego z każdej strony.
- Zwolnijcie – jęknął do mikrofonu, siłując się z pędem powietrza.

Nagle demony uderzyły. Czuł jak obślizgłe cielska wpadają na niego ze wszystkich stron, przygważdżając do kadłuba samolotu. Nie atakowały fizycznie, jak to robili w przypadku ludzi. Smoki zabijało się inaczej. Wwiercały mu się w duszę, naciskały własną rzeczywistością, chcą zmiażdżyć psychiczny mur jaszczura. Było ich coraz więcej, zawziętość i siła napastników rosła. Słyszał głosy, podniecone, zawzięte piski. Miały szansę zniszczyć smoka! Mogły zatruć jego duszę! Czarnołuski czuł ich nienawiść, powoli ogarniała go ich żądza władzy. Trucizna z wolna sączyła się w jego umysły.

Nie! Smok ryknął! Skoncentrował energię własnej duszy, skumulował w jednym punkcie, żeby nagle cisnąć płomienną furią we wrogów. Chcieli zniszczyć go swym złem, to niech teraz płoną od jego własnej wściekłości! Potężna fala ognia rozeszła się wokół sztormem, paląc każdego demona na swej drodze. Rozległy się piski bólu i agonii. Inferno dotknęło cały konwój i okolicę, ogarniając wszystko w kuli ognia! Smok naciskał ciągle, chciał widzieć cierpienie tych, którzy śmieli go zaatakować. W końcu miał szansę odegrać się na tej mrocznej części człowieka, której nigdy nie mógł ruszy. Teraz, kiedy zyskała rzeczywistą formę, mógł patrzeć jak ich istota wyparowuje z tego świata w nieskończonym cierpieniu! Mój czuć, jak miażdży ten znienawidzony przez niego element! Mógł napawać się furią i potęgą, dającą teraz tak wielką moc nad znienawidzonym wrogiem! Mógł patrzeć jak GINĄ!

Odpuścił nagle. Jego wściekłość wyparowała, a ogień zniknął tak nagle jak się pojawił. Samoloty pozostawały nietknięte, lecz po napastnikach nie został nawet ślad. Prychnął. Jak głupim trzeba być, żeby atakować smoka.
- Co to było! – krzyknął Werington w jego głośnikach. – Co to do cholery było!
- Zemsta – mruknął jaszczur.

Poczuł jakby lekkie ukłucie w duszy. Zagalopował się. Zmarnował znacznie za dużo sił, i tych fizycznych i duchowych, jak na taką garstkę demonów. Ten wybuch miał jednak wpływ na atmosferę całego świata. Dał wiadomość, że on się zbliża. I zniszczy czarny kryształ, wraz z każdym jego tworem, choćby miałby zedrzeć sobie duszę do samego źródła jej istoty!
- Powoli zbliżamy się do celu. Jesteś gotowy? – odezwał się znów głos.

Smok odwrócił się głową w stronę dziobu samolotu. Dopiero wtedy spostrzegł, że znacznie łatwiej było mu utrzymać się na grzbiecie maszyny. Konwój zwolnił co najmniej o połowę.
- Jestem! – ryknął. – Dzisiaj się to skończy!

Prychnął, zerkając w dół. Lecieli naprawdę wysoko, ale nawet z takiej wysokości można było dostrzec czarną barwę ziemi i dym, unoszący się z wielu miejsc. Zmrużył oczy. Człowiek sam sobie zasłużył na taki los. Pokręcił głową i rozpłaszczył się na samolocie, chcąc zmniejszyć opór powietrza. Zamknął oczy i oczyścił umysł, starając się o niczym nie myśleć. Chciał odpocząć i się wyciszyć po niedawnym wybuchu... ale nie mógł. Zalążek wściekłości wciąż tkwił na dnie jego duszy, tylko czekając, żeby eksplodować z furią. Przez tyle lat czarnołuski musiał znosić ludzką podłość, dzień w dzień dźgającą go ostrzem arogancji i zawiści, nie mogąc choć raz się odegrać. Jego złość mogłaby skrzywdzić istotę ludzkiej duszy, a wcale tego nie chciał. Człowiek nie był zły w całości. Przynajmniej nie każdy. A jego odwet mógł zranić wielu niewinnych. Ale teraz, kiedy ciemna strona ludzkiej duszy urzeczywistniła swoją egzystencję, teraz, kiedy mógł palić bez konsekwencji... miał zamiar się zemścić.
- Dolatujemy! Dwie minuty! – usłyszał jakby w oddali głos w słuchawkach.

Niespodziewanie jednak jeszcze jedna myśl zajaśniała gwałtownie. Że w tej bitwie był sam, a jego przyjaciele nie mogli mu pomóc. Przed oczami stanął mu obraz dwóch smoków, spoglądających na niego czujnie. Wiedział, że gdzieś tam byli, ale do tej bitwy musiał podjeść samotnie. To była JEGO zemsta, JEGO odwet, JEGO osobista uraza.
- Trzydzieści sekund.

Ale już niedługo... Otwarł oczy. Szparkowate źrenice zwężyły się na kontakt ze światłem, a z gardła wydobył się mimowolny pomruk. W końcu nadszedł ten dzień. Wreszcie być może coś się zmieni.
- Jazda, jazda, jazda! Dowalcie skurwysynom!

Z setek samolotów zaczęli wyskakiwać żołnierze, wypełniając sobą całe niebo. Jaszczur ryknął i odbił się z transportowca, nurkując ku ziemi. Przycisnął matowe skrzydła mocno do swego ciała, uszy położył na szyi a ogon wyprostował na sztywno. Chciał jak najszybciej skończyć z demonami, chciał już poczuć tą satysfakcję z zemsty! Ziemia zbliżała się szybko. Widział ruiny miasta, zniszczony budynki i popękane ulice. Chciał jeszcze przyspieszyć, ale szybciej już nie mógł. Wiatr huczał mu w uszach, pęd trząsł ciałem. Leciał tak szybko, że zostawiał za sobą długą, białą smugę skroplonego powietrza, a on chciał szybciej, szybciej! Już tylko chwile dzieliły go od powierzchni. Iskierka wściekłości powoli nabierała siły, rosła, rosła, pragnąc w każdej chwili eksplodować! Ale powstrzymywał się, kumulował złość. Jeszcze nie teraz! Jeszcze chwila, już prawie dotarł na ziemię! Rozpoznawał już demony, dostrzegał ich obrzydliwe kształty i ciemne kolory. Słyszał też ich emocje. Czuł jak kpią z niego, ja szydzą z jego duszy. Docierała do niego ich wspólna myśl – „Twoje istnienie jest pomyłką, twoje życie porażką. Teraz tez zawiedziesz! Nas jest nieskończoność, ty jesteś jeden!”. W jednej chwili jego dusza zajęła się furią. Ogień wybuchł wraz z rykiem wściekłości.
- JA. WAS. ZNISZCZĘ!

Niekontrolowane inferno ogarnęło na moment całe powietrze wokół, lecz nagle skupiło się w smoku, żeby eksplodować potężnie, kiedy czanołuski uderzył w sam środek zrujnowanego skrzyżowania. Płomienna fala z sykiem nienawiści popędziła ulicami, spopielając każdego demona na swej drodze. Jaszczur ryknął skoczył przed siebie, wzbijając się do lotu. Czuł kryształ, wiedział gdzie jest! Zamachnął skrzydłami i wystrzelił wzdłuż ulicy. Mijał powykrzywiane lampy i zniszczone budynki. Mknął nad porzuconymi samochodami i spękanym asfaltem. Niektóre miejsca wciąż płonęły, ale on przelatywał przez płomienie nic sobie z nich nie robiąc. To był jego żywioł! Oczyszczający ogień!

Nagle kilka demonów wyskoczyło z bocznej alejki, napadając go od boku. Kreatury dopadły jego skrzydła i pociągnęły mocno w dół. Smok warknął z wysiłku i zamachnął się zaatakowaną kończyną, zrzucając napastników. Stracił na moment równowagę, ale szybko odzyskał wysokość i szybkość. Nie mógł zwolnić nawet na moment, leciał dalej! Kątem oka dostrzegał jak więcej wrogów nadciągało na niego ze wszystkich stron, tych latających i bez skrzydeł. Ulice i alejki zaroiły się od czarnych cielsk, pragnących jedynie dopaść jego duszę. Wypełzały z domów, dziur i spadały z nieba. Otoczyły go, były wszędzie!

Nagle rozległy się strzały. Setki karabinów maszynowych zaryczało jednym głosem, zasypując wrogów gradem ołowiu. To jego wsparcie w końcu powoli zajmowało pozycje bojowe! Rangersi lądowali na dachach budynków i ulicach, stając do walki ze swoim mrocznym jestestwem. W całym mieście rozległy się wybuchy i eksplozje po uderzaniach dziesięciocentymetrowych pocisków, wystrzelonych z haubic krążących nad miastem transportowców. Słyszał w słuchawkach jakiś podniecony głos, nawoływał do walki, mówił coś o ostatniej szansie. Ale czarnołuski nie słuchał. W uszach krążyła jedynie pieśń jego własnego gniew i przyspieszone bicie serca. On też miał tylko jedną próbę. Wiedział co go czeka ale nie mógł myśleć o konsekwencjach porażki. Zdawał sobie sprawę z tego, że dla niego przegrana oznacza utratę duszy, ale bał się, że w pewnym momencie to zrozumie i spanikuje. Dlatego podsycał gniew, wzniecał w sobie furię. Potrzebował siły, potrzebował mocy!

Nagle wypadł z alejki wieżowców na ogromne rondo, z wielką fontanną na środku. Zamiast wody, w jej wnętrzu płynął czarny dym, a kilka metrów nad nią lewitował czarny kamień. Smok ryknął i rzucił się na cel, zbierając siły. Kryształ zaczął nagle parować gęstym smogiem. Jaszczur wybił się wysoko w górę i zaatakował z całych sił, wzniecając kolejne inferno. Ogień przez moment szalał bez opamiętania, kiedy niespodziewanie implodował prosto w czarny kamień. Ale dym ożył niespodziewanie i stanął murem na drodze płomieni, pochłaniając je w całości. Czarnołuski wylądował wściekły na ziemi z rozpędu, hamując szponami. Gaz od razu wydłużył się w kilkunastometrową mackę i zamachnął się na skrzydlatego gada. Ten odskoczył z łatwością i machnął skrzydłem, posyłając na smog ścianę ognia. Atak znów się rozproszyły po uderzeniu w gazową ścianę, lecz dym jakby zajęczał.
- Nie ma ucieczki przed moim ogniem! – ryknął gad, wyskakując w niebo.

Zawisł na moment w powietrzu i skumulował energię, pozwalając swej złości sobą zawładnąć. Każdy mięsień drgnął w jego ciele, kiedy skumulował w sobie energię i cisnął ogromną ognistą kulą, większą dwukrotnie od siebie samego. Smog chciał zaatakować, ale musiał się bronić, zasłonił kryształ. Płomienny pocisk przeciął powietrze z sykiem i eksplodował na dymie, posyłając dookoła falę ognia. Z szaleńczą fascynacją smok patrzył, jak okolicę zalewają iskry i żar. To była jego moc, jego potęga! Kryształ nie miał prawa przetrwać! Nagły ruch, z płomieni coś wystrzeliło. Kilkanaście gazowych macek! Czarnołuski machnął skrzydłami chciał odskoczyć, ale parę drasnęło go w bok. Mimo powierzchowności, rany zapiekły okrutnie, jakby polane kwasem. Otumaniony smok spadł na ziemię, wzbijając tumany kurzu. Podniósł się mimo dezorientacji. Musiał walczyć. Skupił w sobie resztki sił, zebrał całą energię, jaką jeszcze miał. Nie przegra! NIE PRZEGRA! Ogień zawirował wokół ciała, rozdzielił się na setki płomieni i poszybował prosto w kryształ. To będzie ostateczny cios! Strawi swoim ogniem wszystko! KAŻDEGO!

Macka nadleciała od boku. Zdołał tylko odwrócić łeb. I nagle nieopisany ból przeszył jego ciało, kiedy smog przebił go na wylot. Ryknął rozpaczliwie w niebo, jego ogień niemalże znikł. Nie! Musiał zniszczyć kamień! Płomienie znów ożyły, dalej napierając na kryształ. Inferno zatańczyło wokół gazowego muru, trawiąc go powoli. Ale kamień też nie miał zamiaru się poddać. Dymna macka wbiła się jeszcze głębiej, jaszczura oślepiło, jęknął bezgłośnie. Ale zrobił krok, do przodu, nie odpuszczając. Musiał wygrać! Musiał... Tracił siły, wszystko robiło się czarne. Tracił emocje, jego świadomość znikała...

Kolejna macka przebiła go na wylot, nowa fala bólu otrzeźwiała go na sekundę. Wszystko dookoła znikło, przed oczami zobaczył tych kilku ludzi, na których mu zależało. Tych kilku ludzi, którzy zaakceptowali go mimo że był inny od nich i nie pozwalali poczuć samotności. Tych kilku ludzi którym ufał i których kochał całym sercem. Oni podeszli do niego. Oni wiedzieli, że walczy. Byli z nim.

Czarnołuski ryknął nagle jak nigdy dotąd. Nowa siła wstąpiła w mu w duszę. Walczył nie dla zemsty. Walczył dla tych kilku dusz! Ognista burza rozszalała się jeszcze bardziej, tętniąc nową mocą. Płomienie wirowały w śmiertelnym tańcu dookoła pola walki, trawiąc każdą egzystencję na swej drodze. Czarny dym nie był w stanie bronić z każdej strony, żar przepalał się szybko. Jaszczur zrobił kolejny krok.
- Zemsta to jedno – syknął wściekle. – Nienawidzę ludzi, nienawidzę za ich podłość! NIENAWIDZĘ!
Ogień zatętnił.
- Ale tych kilku pokazało mi, że oni nie są zepsuci. Nie masz prawa bytu! – Ryknął i nacisnął z całych sił.

Płomienie zajaśniały oślepiająco i w jednej chwili przepaliły resztki gazowej tarczy, docierając do samego kryształu. Ogień ogarnął kamień i w ciągu sekundy pochłonął jego istnienie. Cały świat zdołał jednak jeszcze usłyszeć ostatni jęk agonii ucieleśnienia ludzkiej podłości - „Wrócę!”. Po tym przepadła.

Ogień zgasł, smok osunął się na ziemię wyczerpany. Wszystko nagle ucichło. To koniec...
***

- Ramirez! – wrzasnął sierżant do żołnierza, rzucając mu naboje – Ostatni magazynek! Rozwal te wszystkie demony!

Rangers bez słowa złapał przedmiot i wsadził do swojego karabinu. W piątkę zabunkrowali się w jakimś barze, broniąc się przed falami nadciągających wrogów, lecz kończyły im się zapasy. To były ich ostatnie sekundy, zanim napastnicy mieli się w końcu do nich przedrzeć. Wiedzieli, że za moment zginą, lecz w ich sercach nie zagościła panika! Mieli umrzeć jako bohaterowie w obronie nie tylko swojego kraju, ale i całego świata!

Ramierez zacisnął zęby. Liczył kule, zostało mu ich tylko pięć. Przycelował, wypalił z karabinu. Pocisk trafił w obślizgłe cielsko. Zmienił cel, znowu strzelił. Odrzut, kolejny demon padł na ziemię. Za nimi pędziło jednak trzech kolejnych. Wybrał następny cel, nacisnął za spust. Ale broń tylko kliknęła. Zaskoczony spojrzał na swoje M4A1. Czyżby się pomylił? Wrogowie dobili do niego. Zamknął oczy, oczekując na cios.

Ale nic się nie wydarzyło. Otworzył oczy i rozejrzał się niepewni. Demony zniknęły, a dookoła zapanowała kompletna cisza! Nie został nawet ślad i tylko zniszczone wnętrze budynku świadczyły o tym, że ich koszmar miał faktycznie miejsce. Nie rozumiał. Był tak samo zaskoczony jak pozostała czwórka żołnierzy.
- Udało mu się? – zapytał jeden z nich.


Sierżant machnął ręką i cała piątka wybiegła na zewnątrz. Wybiegli szybko z baru i pobiegli w miejsce, gdzie smok toczył swoją bitwę. Po ulicy podążały też inne oddziały, chcąc zobaczyć co się stało. Kiedy jednak pierwsze jednostki dotarły na miejsce, nie zobaczyła ani kryształu ani smoka. Jedynie jego słuchawki, leżące na spękanej ziemi...

  • Digg
  • Del.icio.us
  • StumbleUpon
  • Reddit
  • RSS